Rick Wright (1943-2008)
Wpadłem na YouTube, zacząłem oglądać… i zobaczyłem ten ich ostatni raz. Live8. Ostatni, bo następnego, z żadnej okazji, już nie będzie, bez tego mooga, tych vcs3, tych palców…
Wielu rzeczy żałuję w życiu, ale nie ujrzenie Pink Floyd kiedykolwiek na żywo to top tej listy… Te piosenki porażają czystością emocji – dziś tym bardziej. Kiedyś napisałem komuś (Aniu, pozdrowienia…), że to jest właśnie różnica miedzy perfekcyjnym Dream Theater wykonującym Comfortable Numb, a samym kanonicznym wykonaniem. Co z tego, że można, że potrafi się partie Gilmoura wykonać jednym palcem, że można dodać sto nut pomiędzy nimi – i to krystalicznie czystych – ale tylko z jego kanonicznego sola leją się łzy i słychać wycie samotności. Bo nie zwykłe dzwięki przecież…
A może to dlatego nam, mnie się tak wydaje, że teraz, w tym wieku, wiemy już, o czym oni pisali. Wiemy, co to tracić. Wiemy, co to pamietać bycie dzieckiem. Bezpowrotnie.
I wiemy, co to być wygodnie otępiałym.
Pink Floyd Revival, Live8, Lipiec ‘08.
Utopię waszą utopię…
Można. Po prostu można. Siedmiu ludzi. Potwór z siedmioma głowami. Hydra? To nie jest słowiański potwór. Raczej… zwierzoczłekoupiór. Zwierz koncertowy. Człek z sercem po właściwej stronie. Upiór prastary i bagienny.
I nie mów mi bzdur, że to nie dla mnie.
Nic nie przebije muzyki rockowej granej z pasją i wzajemnym szacunkiem. Z otwartym uchem na to, co kombinuje ten stojący obok na scenie. Nie możesz przejść obojętnie.
A co do tytułu… można rzucić okiem…
Lao Che w Palladium, 21 marca ‘09.