<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>typotygiel – spisek przeciw brzydocie</title>
	<atom:link href="http://typotygiel.pl/index.php/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://typotygiel.pl</link>
	<description>Różne dziwne myśli, czasem zebrane ze starych zapisów, czasem na świeżo. Czasem grafomania.</description>
	<lastBuildDate>Mon, 15 Nov 2010 15:54:55 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.6</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Archive! Again&#8230;</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/10/27/archive-again/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/10/27/archive-again/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 27 Oct 2009 14:13:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Anna Mariak</dc:creator>
				<category><![CDATA[Archive]]></category>
		<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[koncerty]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.pl/index.php/2009/10/27/archive-again/</guid>
		<description><![CDATA[  

]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><!--[if gte mso 10]></p>
<style>  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:Standardowy; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; 	mso-para-margin:0cm; 	mso-para-margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:10.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-ansi-language:#0400; 	mso-fareast-language:#0400; 	mso-bidi-language:#0400;} </style>
<p> <![endif]-->  <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8" /><meta name="ProgId" content="Word.Document" /><meta name="Generator" content="Microsoft Word 11" /><meta name="Originator" content="Microsoft Word 11" /></p>
<link href="file:///C:%5CDOCUME%7E1%5CAnia%5CUSTAWI%7E1%5CTemp%5Cmsohtml1%5C01%5Cclip_filelist.xml" rel="File-List" /><o:smarttagtype namespaceuri="urn:schemas-microsoft-com:office:smarttags" name="metricconverter"></o:smarttagtype><!--[if gte mso 9]><xml>  <w:WordDocument>   <w:View>Normal</w:View>   <w:Zoom>0</w:Zoom>   <w:HyphenationZone>21</w:HyphenationZone>   <w:PunctuationKerning/>   <w:ValidateAgainstSchemas/>   <w:SaveIfXMLInvalid>false</w:SaveIfXMLInvalid>   <w:IgnoreMixedContent>false</w:IgnoreMixedContent>   <w:AlwaysShowPlaceholderText>false</w:AlwaysShowPlaceholderText>   <w:Compatibility>    <w:BreakWrappedTables/>    <w:SnapToGridInCell/>    <w:WrapTextWithPunct/>    <w:UseAsianBreakRules/>    <w:DontGrowAutofit/>   </w:Compatibility>   <w:BrowserLevel>MicrosoftInternetExplorer4</w:BrowserLevel>  </w:WordDocument> </xml><![endif]--><a href="http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/10/archive_1.jpg" title="Archive"><img src="http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/10/archive_1.miniatura.jpg" alt="Archive" /></a><br />
<style><!--  /* Font Definitions */  @font-face 	{font-family:Wingdings; 	panose-1:5 0 0 0 0 0 0 0 0 0; 	mso-font-charset:2; 	mso-generic-font-family:auto; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:0 268435456 0 0 -2147483648 0;}  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-parent:""; 	margin:0cm; 	margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:12.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} @page Section1 	{size:612.0pt 792.0pt; 	margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; 	mso-header-margin:35.4pt; 	mso-footer-margin:35.4pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1</style>
<p> Wiadomość o koncercie Archive przyjęłam w szaleńczym podskoku, gdyż poprzedni ich koncert, na którym byłam trzy lata temu spowodował u mnie ogromny, pozytywny szok, a bootleg z tego koncertu jest chyba u mnie najczęściej graną płytą zespołu. Bilet czekał na swój dzień już od lipca i wyszło na to, że jednak nie jestem w gorącej wodzie kąpana (jak twierdzi spore grono moich znajomych), bo bilety na koncerty zarówno do Krakowa jak i do Warszawy skończyły się na kilka tygodni przed przybyciem Brytyjczyków do Polski! Ile to błagalnych próśb przewijało się na wszelakich portalach i forach muzycznych – tego chyba już nikt nie zliczy…</p>
<p><span id="more-40"></span></p>
<p>Pod Stodołą czekała na nas długa kolejka, na szczęście wszystko odbywało się sprawnie, więc nie zdążyliśmy za bardzo zmarznąć. Zaskoczyła mnie ochrona, która przegrzebywała wszystkie torby i plecaki bardzo skrupulatnie. Zabierali tabletki od bólu głowy, książki i inne niebezpieczne (czyżby?) rzeczy przed wejściem. No, ale widocznie taki był wymóg organizatora.</p>
<p>Wizyta w sklepiku zakończyła się tym razem odejściem z pustymi rękoma. O ile byłabym w stanie zapłacić 60 zł za koszulkę (niestety, damskie wersje nie umywały się do tych męskich) to 40 zł za malutki, na kiepskim papierze drukowany, pamiątkowy plakat to już ostre przegięcie!</p>
<p>Ale przejdźmy do samego koncertu. W sali ciasno, na scenę wchodzi nieznanym mi support – BirdPen, czyli zespół założony przez jednego z wokalistów Archive - Dave'a Pen'a. Ich występ mnie pozytywnie zaskoczył. Dobrze rozgrzali publiczność przed gwiazdą wieczoru – dali naprawdę świetny koncert. Po ich występie nastąpiła długa przerwa, ale opłacało się czekać! Kiedy Stodoła pękała już w szwach, ja przecisnęłam się do pierwszego rzędu, gdyż z połowy sali widziałam oczywiście tylko głowy przed sobą – urok posiadania 160 cm wzrostu <img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' />  (zawsze zastanawiam się, czy kiedyś doczekam sali koncertowej z wysoko postawiona sceną? Tak, żeby było widać wszystko co się dzieje na scenie bez potrzeby wspinania się na palce...). Tak więc kiedy przecisnęłam się do przodu, kiedy zrobiło się ciemno, a do mych uszu dobiegł pierwszy kawałek z ostatniej płyty Archive – tytułowy ‘Controlling Crowds’, wiedziałam, że czeka mnie niezwykłe widowisko. Muzyka się rozkręcała, na scenie cały czas panowała ciemność, a gdy światła się zapaliły, tłum oszalał na widok zespołu, który, jak się okazało był już na scenie. Szaleństwo się nasiliło, gdy zaczęli grać ‘Bullets’ – utwór promujący ostatnią płytę – chyba nie było na sali osoby, która by go nie znała. A ja, śpiewając, byłam już pewna, że to będzie koncert ostatniej płyty.</p>
<p><object width="425" height="344"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/JhWjGSGg4cI&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/JhWjGSGg4cI&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"></embed></object></p>
<p>Czyli sprawdziły się wcześniejsze przewidywania, no i setlisty z ich poprzednich koncertów tej trasy. Tak więc zagrali praktycznie całą płytę, dwa utwory z niedawno opublikowanego dodatku do niej – part IV (‘Lines’ i ‘Empty Bottle’). Zespół grał, publiczność szalała, w pewnym momencie, podczas utworu ‘Quiet Time’ na scenę wyszedł rapujący Rosko John i od tej pory pojawił się jeszcze w utworach ‘Bastardised Ink’, ‘Lines’ i bisowego ‘Londinium’.</p>
<p><object width="425" height="344"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/AyMB54CmNho&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/AyMB54CmNho&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"></embed></object></p>
<p>Czyli klimat ostatniej płyty został zachowany podczas koncertu. Bo zespół Archive to obecnie czterech wokalistów:  Dave, Pollard, Maria Q oraz wspomniany już Rosko John. Przedkoncertowa wiadomość, że na trasie nie będzie Marii zaskoczyła i przyznaję, że wkurzyła mnie okropnie. Tak bardzo chciałam usłyszeć jeszcze raz na żywo Pulse w jej wykonaniu! Dlatego ogromnie się zdziwiłam, gdy usłyszałam pierwsze dźwięki Collapse/Collide... i gdy tak stałam i zastanawiałam się kto to za nią wykona, na ekranie za muzykami, na którym wcześniej pojawiały się wspaniale wizualizacje, zaczął migać obraz, po czym ułożył się w twarz Marii! W tym momencie zaczęła dla nas śpiewać swoją partię! Z playbacku, ale jakby tam była! Mnie ten utwór wbił w ziemię, tym bardziej, że totalnie się tego nie spodziewałam!</p>
<p><object width="425" height="344"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/KzITVvi4eCM&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/KzITVvi4eCM&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"></embed></object></p>
<p>Gdy zagrali ostatni utwór z part III płyty – ‘Funeral’, panowie po kolei zeszli ze sceny.<br />
Publiczność oszalała – były brawa, były okrzyki, były gwizdy, ale apogeum nastąpiło, gdy wszyscy zaczęli tupać – cała Stodoła drżała! Po długich i intensywnych owacjach (byłam pewna, że następnego dnia, głosu już z siebie nie wydobędę) panowie wrócili na scenę. Gdy zagrali ‘Londinium’ jasne stało się, że żegnamy się z ‘Controlling Crowds’. Gdy przyszła kolej na ‘Numb’ byłam pewna, że apogeum koncertu jest już za mną. Straszliwie się myliłam! ‘Numb’ wbił w ziemię totalnie. Ta energia, te narastające dźwięki, ta szalejąca publiczność! Właśnie dla takich momentów nie potrafię zrezygnować z koncertów – bo to jest odczuwanie muzyki wszystkimi zmysłami!</p>
<p><object width="425" height="344"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/yJx0_G4dSJY&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/yJx0_G4dSJY&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"></embed></object></p>
<p>Publiczność oszalała, co przeniosło się na pierwsze dźwięki utworu System. A gdy zagrali pełną wersję Again (ponad szesnastominutową), byłam pewna, że nie mogli tego wieczoru zakończyć inaczej. Szczególnie w Polsce, w której Trójka tak wypromowała ten utwór, że praktycznie nieznany w Europie ten brytyjski zespół, był bardzo rozpoznawalny w naszym kraju.</p>
<p>Dla mnie ten koncert należy do tych najlepszych tego roku (trochę tego było – kwietniowy magiczny Cinematic Orchestra, openerowy Faith No More, od lat wyczekiwany Radiohead!)  – naprawdę się nie zawiodłam. Niestety, Ci którzy nie znają lub nie lubią ostatniej płyty zespołu mogli poczuć się zawiedzeni, ale z drugiej strony, przecież to jest właśnie trasa promująca ich najnowszą płytę! Warto również dodać, że zespół powróci do naszego kraju na koncerty na początku roku  (potwierdzony jest już Poznań – 19.01.2010), jak również, nieoficjalnie, zapowiedzieli się na lato przyszłego roku (czyżby Open’er?). Ja już zaczynam odkładać pieniądze!</p>
<p><strong>Setlista:</strong><br />
1.    Controlling Crowds<br />
2.    Bullets<br />
3.    Words On Signs<br />
4.    Dangervisit<br />
5.    Quiet Time<br />
6.    Collapse/Collide<br />
7.    Clones<br />
8.    Bastardised Ink<br />
9.    Kings Of Speed<br />
10.    Lines<br />
11.    The Empty Bottle<br />
12.    Funeral</p>
<p>Bisy:<br />
13.    Londinium<br />
14.    Numb<br />
15.    System<br />
16.    Again</p>
<p><em>Archive, Stodoła, Warszawa, </em><em>16  października 2009 </em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/10/27/archive-again/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Alpy, Ischgl, Austria</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/09/14/alpy-ischgl-austria/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/09/14/alpy-ischgl-austria/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 14 Sep 2009 20:32:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Rafał Nebelski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Alpy]]></category>
		<category><![CDATA[Rowery]]></category>
		<category><![CDATA[góry]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.pl/index.php/2009/09/14/alpy-ischgl-austria/</guid>
		<description><![CDATA[ Proponuję oderwać się od literek, klientów, rodziny i&#160;kraju nad Wisłą. Właśnie tak zrobiłem – rower do samochodu, właściwie cztery rowery i&#160;czterech rowerzystów. Kierunek Ischgl – Austria. Alpy. 
Alpy – monumentalne, przytłaczające wielkością, a&#160;jednocześnie sprawiające wrażenie uczesanych, poukładanych. Nie ma mowy o&#160;jakiejkolwiek niespodziance. Dzikości tam nie znajdziesz, za to świstaków – na kopy!
Karnet na wyciąg [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0241.jpg' title='Foxrabbit'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0241.jpg' width="150px" align="right" alt='Foxrabbit' /></a> Proponuję oderwać się od literek, klientów, rodziny i&nbsp;kraju nad Wisłą. Właśnie tak zrobiłem – rower do samochodu, właściwie cztery rowery i&nbsp;czterech rowerzystów. Kierunek Ischgl – Austria. Alpy. </p>
<p>Alpy – monumentalne, przytłaczające wielkością, a&nbsp;jednocześnie sprawiające wrażenie uczesanych, poukładanych. Nie ma mowy o&nbsp;jakiejkolwiek niespodziance. Dzikości tam nie znajdziesz, za to świstaków – na kopy!</p>
<p>Karnet na wyciąg i&#8230; jazda!!!<br />
<span id="more-26"></span><br />
No cóż – w&nbsp;dół. W&nbsp;górę, na 3000 m n.p.m. jest średnio. Może kwestia przyzwyczajenia, ale uczucie żelaza w&nbsp;płucach po przejechaniu 20 metrów jest niepokojąco niesympatyczne. Tak, to się zmienia po trzech dniach, wtedy można podjeżdżać – nawet 20 km non stop. Tylko po co? Są wyciągi. W&nbsp;dół, ognia, szaleństwo w&nbsp;oczach, licznik pokazuje 74 km/h! Szybciej się da, ale tarcze i&nbsp;tak rozgrzane do czerwoności, czuć smażony metal. Okolice piekła. Lepiej niech wystygną&#8230;</p>
<p>A&nbsp;potem – gdzieś w&nbsp;dolinie – sjesta, wypoczyn. Gdzie jesteśmy? Chyba w&nbsp;Szwajcarii, nikt nie spojrzał na mapę. Zresztą co za różnica? Jest czternasta, mamy kupę czasu.</p>
<p>Nie? Nie druga? Oooo!<br />
Piąta po południu?</p>
<p>Aaaa, to dlatego skóra szczypie od słońca, za długo się byczymy. Trzeba wracać&#8230;</p>
<p>A&nbsp;wieczorem: kolacja – mniam – Piotrek z&nbsp;Bartkiem, mistrzowie spaghetti. I&nbsp;jeszcze Weissbier. Bomba. </p>
<p>Kolejny dzień i&nbsp;jeszcze następny – góry, góry, góry. Gęby roześmiane od ucha do ucha, uchetani po pachy i&nbsp;szczęśliwi. </p>
<p>Na koniec <a href="http://www.eurobike-show.de/" target="_blank">targi Eurobike</a>.</p>
<p>Rowery wytrzymały. My też. Ledwo. Któregoś dnia na pewno tu wrócimy. Tak sądzę. Bo wiadomo – literki, klienci, rodzina i&nbsp;kraj nad Wisłą&#8230;</p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0117.jpg' title='Panorama'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0117.jpg' alt='Panorama' /></a></p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0410.jpg' title='Zjazd'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0410.jpg' alt='Zjazd' /></a></p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0144.jpg' title='Sjesta'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0144.jpg' alt='Sjesta' /></a></p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0049.jpg' title='Świstak'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/09/dsc_0049.jpg' alt='Świstak' /></a></p>
<p><em>Autorem wszystkich zdjęć jest Bartek Jurewicz (<a href="http://www.vincere.pl/">Vincere Bike Components</a>)</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/09/14/alpy-ischgl-austria/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Reklamowe dziwy</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/reklamowe-dziwy/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/reklamowe-dziwy/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 26 Jun 2009 08:37:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[pismo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/reklamowe-dziwy/</guid>
		<description><![CDATA[Notka ta ma na celu wskazanie autorom tekstów reklamowych najczęstsze momenty zapalne w&#160;dyskusjach z&#160;doświadczonym operatorem składu, projektantem czy typografem. Bardzo trudno wskazać genezę pojawiania się wielu takich sporów, lecz można w&#160;ciemno zakładać, że jest ona dowodem na „nieomylność” (cudzysłów nieprzypadkowy) twórców reklamowego przekazu. Naszym zdaniem, poprawność wykonania składu tekstu reklamowego, składu akcydensowego jest w&#160;obecnym świecie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Notka ta ma na celu wskazanie autorom tekstów reklamowych najczęstsze momenty zapalne w&nbsp;dyskusjach z&nbsp;doświadczonym operatorem składu, projektantem czy typografem. Bardzo trudno wskazać genezę pojawiania się wielu takich sporów, lecz można w&nbsp;ciemno zakładać, że jest ona dowodem na „nieomylność” (cudzysłów nieprzypadkowy) twórców reklamowego przekazu. Naszym zdaniem, poprawność wykonania składu tekstu reklamowego, składu akcydensowego jest w&nbsp;obecnym świecie co najmniej tak samo ważna, jak składu dziełowego.</p>
<p>Jest tak z&nbsp;dwóch powodów – po pierwsze, „siła rażenia” (czy – jak wolą to nazywać tytani marketingu – „dotarcie”/„docieralność”) jest nieporównywalnie większa. Bardzo trudno wskazać książkę czy czasopismo dorównujące czytelnictwem dowolnej reklamie telewizyjnej, billboardowi stojącemu przy ruchliwej ulicy dużego miasta czy animowanemu bannerowi o&nbsp;odsłonach liczonych w&nbsp;setkach tysięcy. Dorównuje im może comiesięczne wydanie magazynu klientów telefonii komórkowej lub broszurowe wydanie Konstytucji RP.</p>
<p>Po drugie, kształtowanie świadomości piękna świata i&nbsp;wychowanie graficzne czy może estetyczne odbywa się współcześnie właśnie przez odbiór przez widza komunikatu reklamowego. Odpowiedzialność twórcy tego komunikatu nie jest więc ograniczona – czy tego chce, czy nie – do realizacji założonych celów promocyjnych, ale obejmuje także stronę wizualną i&nbsp;językową przekazu.<br />
<span id="more-15"></span><br />
Jakie z&nbsp;tego wnioski? Takie, jak zwykle – warto zaufać specjalistom. Nikt nie odmawia twórcom reklamy umiejętności marketingowych, jednak sposób realizacji ich założeń czy pomysłów powinien być zgodny z&nbsp;obecnym stanem wiedzy typograficznej, zasadami składu w&nbsp;języku polskim czy wręcz ortografią i&nbsp;gramatyką. Naprawdę, typografowie i&nbsp;graficy rozumieją powszechny cel współczesnej reklamy – przyciągnąć i&nbsp;przykuć uwagę widza, najlepiej szokując formą i&nbsp;treścią, jednak ośmiometrowy billboard z&nbsp;ubraną jedynie w&nbsp;satynowe dessous kariatydą i&nbsp;hasłem „Czy chcesz czegoś więcej?”, w&nbsp;którym przed znak zapytania jest wstawiona spacja, szokuje mnie w&nbsp;inny sposób niż chcieliby tego twórcy reklamy.</p>
<p>Cóż, odbiorca estetycznie ukształtowany sobie poradzi. Odsieje, co trzeba, pośmieje się, gdzie trzeba – i&nbsp;pójdzie dalej. Tylko co zrobić z&nbsp;najlepiej zapamiętującymi przekaz reklamowy dziećmi? Jak wyjaśnić 10-latkowi, że w&nbsp;tytule jego plakatu na uroczystość szkolną nie są potrzebne trzy wykrzykniki (tak to widzi, przejeżdżając co rano do szkoły, obok pewnego cityboardu), a&nbsp;adres strony WWW imprezy plenerowej nie musi być podkreślony? Dlaczego mój syn musi przeżywać katusze z&nbsp;racji posiadania ojca, który, sprawdzając lekcje, każe usuwać pozostawione na końcu wypracowań wiszące spójniki, jeśli jest to powszechnie spotykane w&nbsp;każdej tzw. gazetce reklamowej, jakich dzieci gromadzą dziesiątki?</p>
<p>Drodzy Klienci! Wy wiecie, „co”. My wiemy, „jak”. Niech każda strona robi swoją część jak najlepiej – korzyść będzie obopólna. W&nbsp;końcu, jeżeli Wy wiecie i&nbsp;„co”, i&nbsp;„jak” – po cóż jesteśmy Wam potrzebni?</p>
<p><strong>Powszechne błędy</strong></p>
<p>Powszechnym, rzucającym się w&nbsp;oczy błędem jest zapis danych adresowych na wizytówkach, papierach firmowych, polach kontaktowych na stronach WWW itp. O&nbsp;ile pisownia adresu pocztowego zwykle jest oczywista (00-123 Pcim, ul. Belwederska 25/29), z&nbsp;innymi danymi bywa różnie.</p>
<p><em>Telefon.</em> Najczęściej powtarzającym się błędem jest umieszczanie numeru kierunkowego w&nbsp;nawiasach oraz używanie zapisu z&nbsp;łącznikami między grupami cyfr. To nie tylko nienowoczesne, ale i&nbsp;nieaktualne od momentu, gdy strefy kierunkowe zostały w&nbsp;Polsce zlikwidowane. Proponujemy zapis: tel. 023 234 56 78 (ze spacjami właśnie w&nbsp;tych miejscach) oraz +48 23 234 56 78 (w&nbsp;przypadku numerów z&nbsp;międzynarodowym numerem kierunkowym). Jest to nie tylko zgodne ze stanem obecnym telekomunikacji w&nbsp;Polsce, ale i&nbsp;oczyszcza zapis numeru z&nbsp;niepotrzebnych znaków. Jeszcze jedno: jeśli wymieniamy tylko jeden numer telefonu – NIE używajmy dwukropka.</p>
<p><em>Faks.</em> Tutaj zastrzeżenie jest proste: numer zapisujemy tak jak w&nbsp;przypadku telefonu, natomiast powszechnym błędem jest pisownia. Jeśli odbiorca przekazu jest Polakiem – piszmy „faks” przez „ks”. Wyraz „fax” jest, co prawda, dopuszczony przez Słownik Ortograficzny PWN, ale zalecamy używanie spolszczonej formy.</p>
<p><em>Telefon komórkowy.</em> Nie ma, co prawda, normy na zapis takiego numeru telefonu, jednak proponujemy po pierwsze nieużywanie skrótu GSM jako opisu numeru (zamiast tego używajmy „tel. kom.”). Podobnie jak w&nbsp;telefonie stacjonarnym pozbawmy zapis wszelkich niepotrzebnych znaków (czyli nawiasów i&nbsp;łączników). Zapis „tel. kom. 0601 234 567” lub wręcz „tel. kom. 601 234 567”. Ta druga wersja to ukłon w&nbsp;stronę faktu powszechnego dzwonienia na numer komórkowy z&nbsp;telefonu komórkowego (po cóż nam wtedy poprzedzające zero?).</p>
<p><em>E-mail.</em> Ten wyraz powinien być zapisany z&nbsp;łącznikiem (jak obok). Nie ma też żadnego powodu, aby adres e-mailowy był podkreślony. Ten błąd to najczęstsza konsekwencja przenoszenia tekstu do składu bezkrytycznie z&nbsp;edytora tekstów, który takie właśnie wyróżnienie stosuje. Zauważmy, że mimo miana „edytor tekstów”, popularny Word jest czymś o&nbsp;wiele więcej. Jedną z&nbsp;tych cech jest prawie idealne odwzorowywanie formatowania stron internetowych w&nbsp;dokumentach tekstowych – stąd pojawiające się podkreślenia adresów internetowych czy e-mailowych. Nasza wizytówka czy plakat nie ma takich interaktywnych funkcji (przynajmniej na razie…), więc nie ma powodu przenosić tego podkreślenia na dokumenty nieinteraktywne. Co więcej, częstym problemem jest pogorszenie czytelności takich adresów. Łatwo zwrócić uwagę na fakt, że adres typu <a&nbsp;href=”http://NIEMATAKIEGOMAILA” target=”_blank”>jan_kowalski@firma.pl</a> straci znacznie na czytelności po zastosowaniu podkreślenia… Jeżeli czujemy nieodpartą wolę wyróżnienia tego adresu, zastosujmy lekkie, acz widoczne rozświetlenie („rozstrzelenie”). I&nbsp;jeszcze jeden powszechny błąd: w&nbsp;zapisie „e-mail jan.kowalski@firma.pl”) nie stosujemy dwukropka. Przecież to jeden adres, prawda?  </p>
<p><em>Adres strony WWW.</em> Wiele z&nbsp;powyższych uwag dotyczy zapisu adresu strony internetowej. Tak więc, nie używamy podkreślenia (powyższa sugestia o&nbsp;rozświetleniu jest jak najbardziej na miejscu), dwukropka itd. Dodatkowo, zalecamy usuwanie z&nbsp;zapisu członu „http://”. Nie znam żadnej współczesnej przeglądarki, która nie poradziłaby sobie z&nbsp;adresem wpisanym do jej okienka bez tego przedrostka. Pisownia „WWW” też jest różna w&nbsp;zależności od miejsca występowania. Przeanalizujmy zapis (poprawny) „Strona WWW: www.firma.pl”. Pierwszy raz jest to zapis angielskiego skrótu World Wide Web – a&nbsp;więc duże litery. Za drugim razem „www” jest częścią adresu i&nbsp;wtedy pisane jest zawsze małymi literami.</p>
<p><em>Cudzysłowy.</em> To pomyłka widoczna praktycznie wszędzie. Myślę, że w&nbsp;zasięgu ręki i&nbsp;wzroku każdego łatwo wskazać zapis, który używa albo obu górnych cudzysłowów (”taki przykład”), albo wręcz dwóch pseudo-znaków cala (&#x22;inny przykład&#x22;). Przypominamy, że w&nbsp;języku polskim jedynym poprawnym zapisem jest dolny cudzysłów jako otwierający, a&nbsp;górny jako zamykający („to właśnie ten poprawny zapis”). Nie wdajemy się w&nbsp;analizę zapisu tzw. cudzysłowów wewnętrznych, ponieważ są spotykane przede wszystkim w&nbsp;składzie dziełowym. </p>
<p><em>Wykrzyknik i&nbsp;pytajnik.</em> Powszechną chorobą ulotek reklamowych jest tzw. „trójkrzyknik” i&nbsp;„trójpytajnik”. Nie wiem, dlaczego w&nbsp;takim razie zakończenie mocnego zdania nie mogłoby być uwieńczone kilkoma kropkami. Wielu z&nbsp;nas wychowało swoją świadomość „komiksową” na (podobno) krzykliwym „Tytusie, Romku i&nbsp;A’tomku”. Pamiętajmy więc, że nawet firmowy okrzyk dymkowy Papcia Chmiela (czyli „WTEM!”) był opatrywany <a&nbsp;href=”http://www.esensja.pl/komiks/publicystyka/tekst.html?id=7569” target=”_blank”>tylko jednym wykrzyknikiem</a>. Zbyt duża liczba wykrzykników w&nbsp;tekście oznacza zwykle nadmierną egzaltację i&nbsp;– z&nbsp;punktu widzenia większości użytkowników języka – jest rażąca (cytat za Słownikiem Ortograficznym PWN). Nie sposób dodać coś do tej argumentacji…<br />
Zapis obu tych znaków wykonujemy ZAWSZE bez spacji poprzedzającej, choć&#8230; sam słyszałem jednym uchem, jak osoba-sumienie polskiej typografii, Andrzej Tomaszewski, sugerował podczas spotkania KRAKTypo 2008 Łukaszowi Dziedzicowi projektowanie większych odsadek w&nbsp;obrębie glifu wykrzyknika. To rzeczywiście usunęłoby wszelkie wątpliwości – szczególnie podczas zbitek pionowych kresek wersalików z&nbsp;tym znakiem (ŻĄDAMY MONARCHII!).  </p>
<p><em>Wielokropek.</em> Z&nbsp;tym znakiem związane są dwa najczęstsze błędy. Po pierwsze, w&nbsp;każdym obecnie dostępnym foncie mamy zakodowany taki właśnie znak (Unicode U+2026) z&nbsp;odpowiednio zaprojektowanymi odstępami między kropkami, po drugie – wielokropek zawiera zawsze trzy kropki, nie więcej. Geneza powszechnie występujących „czwórkropków” jest związana z&nbsp;mechanizmem podstawiania znaku U+2026 podczas wpisywania trzech kolejnych kropek w&nbsp;Wordzie (o&nbsp;ile ten mechanizm jest włączony – a&nbsp;zwykle jest). Pierwsze trzy kropki są zamieniane na oddzielny poprawny znak, a&nbsp;czwarta… no cóż, jest zwykle odsunięta od pozostałych z&nbsp;powodu innych świateł między trzema kropkami w&nbsp;znaku wielokropka.</p>
<p><em>Wypunktowania.</em> Arsenał stosowanych znaków wypunktowania (tzw. bulletów) jest ogromny. Kreski, kółeczka, kropki, puste i&nbsp;wypełnione kwadraty, karo, strzałki… Do tego kolor, obrys i&nbsp;(najlepiej) podcień lub uwypuklenie. Tak właśnie znak wypunktowania staje się ważniejszy od samego tekstu. Wystarczy w&nbsp;zupełności użyć standardowej kreski (półpauzy) dla wyróżnień pierwszego rzędu, a&nbsp;kropki – dla drugiego. Trzy rzędy ważności wyróżnienia to zwykle dowód na złą redakcję tekstu.</p>
<p><em>Ampersand/etka.</em> Często stosowany znak ampersand „&#038;” przybiera różne formy w&nbsp;zależności od kroju pisma. W&nbsp;powszechnie używanym w&nbsp;Polsce kroju pisma Univers (i&nbsp;jego odpowiednikach: USA z&nbsp;pakietu CorelDraw, URW Unitus, Zurich Bitstreama) glif ten ma kształt zbliżony do „et” – czyli swojego łacińskiego źródła, spójnika „i”. Jeszcze bardziej wystylizowana jest forma etki w&nbsp;przypadku kursywy w&nbsp;kroju Caslon. Nie wolno więc zarzucać projektantom i&nbsp;grafikom (co jest dosyć częste), że odeszli od jedynej znanej klientowi wersji tego znaku (czyli postaci „&#038;”, widzianej na klawiaturze). Zdarzyły mi się w&nbsp;karierze projektanta przypadki dyspozycji zamiany poprawnie wstawionej etki z&nbsp;Universa na „jedynie słuszną” wersję z&nbsp;Ariala. Charakter dyskusji, jaka się z&nbsp;tym wiązała, był raczej socjologiczny niż estetyczny – nie będę więc jej tu przytaczał.</p>
<p><em>Wyróżnienia w&nbsp;tekście.</em> Obserwacja nasza jest następująca: im dłuższy tekst, tym większa liczba rodzajów wyróżnień w&nbsp;nim występuje. Kolor, podkreślenie, pogrubienie, pochylenie, cień, obrys… To trochę tak, jakby klient salonu samochodowego, nie mogąc zdecydować się na kolor karoserii, zamówił lewy błotnik czerwony, drzwi od strony kierowcy metaliczne, a&nbsp;tylny zderzak – chromowany. Do tego oczywiście szklany dach. Niby zabawne, a&nbsp;jednak wystarczy zajrzeć do jednej z&nbsp;wielu wydawanych broszur reklamowych, aby natknąć się na podobne przykłady wyróżnień. Stosujmy jeden. Jeśli wyróżniamy coś boldem – konsekwentnie się tego trzymajmy. Kursywa służy zwykle do cytowania wypowiedzi lub opinii. Jeśli bold jest za słaby – użyjmy koloru. Jednego. Dla wszystkich wyróżnień. Akapity tekstu są zwykle na tyle małe, że użycie jako wyróżnienia obrysu czy cienia niszczy literę, pogarszając czytelność wyróżnienia i&nbsp;samego tekstu wokoło.</p>
<p><strong>Na zakończenie…</strong></p>
<p><em>„Teachers – keep on teaching, preachers – keep on preaching…”</em> – śpiewał Stevie Wonder. Trzymajmy się tego. Twórcy reklam niech je wymyślają, a&nbsp;wykonawcy – niech wykonują. I&nbsp;niech każdy robi to z&nbsp;zaufaniem do wiedzy tej drugiej strony, a&nbsp;sam – jak najlepiej. Z&nbsp;pewnością będzie to z&nbsp;pożytkiem dla odbiorcy.</p>
<p><em>Od autora: Tekst powstał na początku 2009 roku z&nbsp;przeznaczeniem do publikacji w&nbsp;magazynie reklamy zewnętrznej <strong>Visual Communication</strong>. Nie został jednak zgłoszony do redakcji.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/reklamowe-dziwy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mata</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/mata/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/mata/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 26 Jun 2009 08:10:23 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/mata/</guid>
		<description><![CDATA[Nie można było mieszkać bez maty. Była wtedy towarzyszem każdego dzieciaka, jego własną kapliczką, wyznaniem wiary, nadziei i miłości równocześnie. Kawałek przeplecionej słomy z deszczułkami (bardziej wygodny – z przyczyn łatwiejszego obsadzania na nim skarbów – był typ maty, wykonany z samej słomy, wbicie bowiem szpilki w deszczułkę było raczej niemożliwe. Dopiero pojawienie się wolnego [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie można było mieszkać bez maty. Była wtedy towarzyszem każdego dzieciaka, jego własną kapliczką, wyznaniem wiary, nadziei i miłości równocześnie. Kawałek przeplecionej słomy z deszczułkami (bardziej wygodny – z przyczyn łatwiejszego obsadzania na nim skarbów – był typ maty, wykonany z samej słomy, wbicie bowiem szpilki w deszczułkę było raczej niemożliwe. Dopiero pojawienie się wolnego rynku odwróciło zachwiane przez lata proporcje twardości – wreszcie deski zaczęły być bardziej miękkie od stali) wisiał zwykle nad łóżkiem, zazwyczaj w miejscu, gdzie strasznie utrudniał opieranie się o ścianę podczas wielogodzinnych medytacji ze słuchawkami na uszach.<br />
<span id="more-14"></span><br />
U mnie mata wisiała nad wersalką.</p>
<p>Gdy w wieku lat dwudziestu kilku dwudniowym rajdem dostałem się do rajskiego Paryża i zamieszkałem jak prawdziwy światowiec w Versailles na campingu, wciąż w moim pierwszym samodzielnym lokum trwała ta stara wersalka. Bóg mi świadkiem – choć pewnie miał ważniejsze zajęcia – w żaden sposób parkowe fontanny, wspaniałe buduary i królewskie łoża nie nasuwały mi leksykalnego związku z pozostawionym w podwarszawskim bloku łóżkiem. </p>
<p>Wersalka miała plusy i minusy. Niesamowitym plusem było jednoczesne spełnianie przez nią aż trzech ról. Po pierwsze łóżka, rozłożenie którego osoba niewprawna mogła przypłacić zgnieceniem palca lub też zerwaniem paznokcia. Właściciel, po kilku tygodniach korzystania, robił to z wprawą piwosza, który kantem dłoni zrywa ceramitowy kapsel z butelki na sprężynie jednym pewnym ciosem. Po drugie – sofy. W czasach, gdy ciekawiły mnie wszystkie książki, jakie brałem do czytania, moją ulubioną pozycją było położyć się na plecach z książką w dłoniach, nogi zadrzeć do góry opierając je o pionową część wersalki, a na podorędziu przygotować dwie paczki drażetek kakaopodobnych &#8220;Orinoko&#8221;. W wieku dziesięciu lat nie protestowały ani moje zęby, ani kręgosłup, a ostrzeżenia pt. &#8220;krew ci spłynie do głowy i zemdlejesz&#8221; wydawały mi się jedynie psuciem zabawy. Jak się okazało – słusznie. W końcu – last but not least – przewidziana tak przemyślnie przez Fabrykę Mebli w Wyszkowie komora na pościel stawała się bunkrem, służącym do testowania otrzymanej na urodziny latarki, czołgiem &#8220;Rudy&#8221;, w którym ukrywałeś się przed podkalibrowymi pociskami niemieckich &#8220;Tygrysów&#8221;, aż w końcu ciemnym więzieniem, do którego po przeczytaniu &#8220;Trzech muszkieterów&#8221; wtrąciłem swojego sześcioletniego brata, humanitarnie (a ku jego radości) dodając kromkę razowca i metalowy kubek z wodą. </p>
<p>W końcu zawisła nad nią MOJA mata.</p>
<p>Pierwsze pojawiły się tam pudełka po papierosach, pracowicie przyszpilane do słomy, w równych rzędach. Albańskie DS-y, peweksowskie Dunhille, Rothmansy, Kenty, rodzime Carmeny i Caro, wszelkie odmiany Marlboro (z pracowicie odzyskiwanymi krzyżykami. Mit głosił, że odnalezione na opakowaniach znaczki, przypominające hitlerowskie krzyże malowane na wieżyczkach wozów pancernych, a które – po latach zrozumiałem – były jedynie paserami kolorów o dosyć wyszukanym kształcie, można wysyłać pod pewien adres, znany tylko wtajemniczonym, a za to otrzymać pieniądze. Znałem takich, którzy znali takich, co wysłali i dostali niemieckie marki. Nigdy ich nie spotkałem. Po latach myślę, że taki twardziel, marlborowy kowboj, którego pokonał dopiero rak płuc, nigdy by nie troszczył się o wysyłanie dzieciakom-głupkom jakiejś kasy)&#8230; </p>
<p>Pozyskiwanie opakowań w dobrym stanie było dosyć trudne. Oczywiście, pośledniejsze marki można było zbierać na ulicy. Jednak &#8220;Sportów&#8221;, &#8220;Klubowych&#8221; czy &#8220;Extra Mocnych&#8221; nikt przecież nie wieszał. Atutem było wtedy to, że palili wszyscy. Starzy, młodzi, rodzina, sąsiedzi, goście na imieninach u rodziców w pracy, kobiety w kolejce, nauczyciele w szkole. Po prostu wszyscy. Ciekawe marki papierosów pozyskiwało się od tych, którzy jakimś impulsem kierowani, rzucali zdrowe Carmeny na rzecz papierosów importowanych. Tak na przykład zdobyłem bardzo ładną, granatową paczkę radzieckich &#8220;Kosmosów&#8221;. Były to jedne z niewielu w RWPG papierosy w twardym pudełku. Startująca w granatowej nocy biała rakieta z czerwoną gwiazdą przed nosem, celowała w biały napis KOCMOC. Grafik miał do dyspozycji całą powierzchnię opakowania, nikt nie żadął zamieszczania żadnych apelów o raku czy infolinii dla palaczy.</p>
<p>Potem dowiedziałem się, że istnieje Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego, zwane powszechnie peweksem. Niestety, w odróżnieniu od wielu zbieraczy, nie miałem w bliższej ani dalszej rodzinie klientów tego przedsiębiorstwa. Przez wiele lat jedynym produktem, jaki pochodził z tego &#8220;wewnętrznego&#8221; eksportu w moim domu, była zakupiona w praskim peweksie przy Targowej włoska glazura do łazienki. Nie wiem, czy była warta tych kilkudziesięciu bonów PKO. Ojciec twierdził, że tak. </p>
<p>Moja mata zapełniła się natomiast bardzo szybko dzięki dwóm zdarzeniom. Po pierwsze, jej sporą część zajął przyszpilony natychmiast po otrzymaniu plakat reprezentacji Polski na Mistrzostwa Świata &#8216;78 w Argentynie, z trenerem Gmochem, Deyną, Lato, Gorgoniem, Ćmikiewiczem i młodymi wtedy Bońkiem i Nawałką. Plakat otrzymała w pracy moja mama (może za wyjątkową biegłość w operowaniu maszyną do liczenia Ascot, a może za jedyne wśród kobiet zainteresowanie piłką nożną). Plakat był wydrukowany na dosyć szmatławej, ale grubej kredzie, co powodowało kłopoty. Po pierwsze – kolory nie były zbyt piękne. Oldskulowe (teraz!) dresy Adidasa były różowawe już od nowości, natomiast zieleń otaczającej piłkarzy murawy traciła żółty komponent z każdym tygodniem, przechodząc od wiosennej trawki, przez soczystą murawę aż po adriatyckie odcienie niebieskiego. Po drugie – grubość papieru powodowała wyrywanie szpilek z maty, jako że plakat starał się ze wszystkich sił wrócić do swojej pierwotnej formy – zwiniętego rulonu. Na pierwszą dolegliwość nic nie mogłem zaradzić, na drugą – pomógł zwój przezroczystej taśmy samoprzylepnej, za której kradzież niniejszym przepraszam miejsce ówczesnej pracy mojej mamy – dział rachuby płac Warszawskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego. </p>
<p>Drugim zdarzeniem była wizyta u świeżo poznanego dzięki przeprowadzce rodzeństwa dwóch starszych o kilka lat chłopaków, którzy pozbywali się kolekcji swoich pudełek, robiąc miejsce na macie na ich nową miłość – zespół KISS. Muszę przyznać, że ich apologetyczne hołdy traktowałem dosyć oschle, koncentrując się na trzymanej w spoconych dłoniach reklamówce pełnej nowych pudełek. Były tam takie skarby jak twarde pudełko po bardzo rzadkich Peer-ach, komplet czerwonych i złotych Marlboro (miękkie, twarde i 100&#8217;s, wszystkie bez wyszarpanych krzyżyków), złote Dunhille, dwa rodzaje Pall Malli, szerokie John Player&#8217;s Specials i mnóstwo innych. Gdybym wtedy przypuszczał, że skokowy rozwój kolekcji na macie, będzie równocześnie jej końcem, od razu pożyczyłbym Kissów. Nota bene, docenionych po latach, dzięki uporowi pewnego maniaka i fana, który poza bezprzytomnym krzewieniem wśród przyjaciół &#8220;Love Gun&#8221;, &#8220;Rock&#8217;n'roll All Nite&#8221; czy &#8220;I Was Made for Lovin&#8217; You&#8221; zdołał pojawić się na paru grupowych zdjęciach z wywalonym ozorem Gene Simmonsa. </p>
<p>Bracia-darczyńcy moje małe zainteresowanie Kissami potraktowali ze zrozumieniem. Ani pokazywane wycinki z Bravo z pomalowanymi dziwacznie twarzami muzyków, ani Simmons ziejący ogniem, ani puszczana ze szpulowca dosyć głośno muzyka nie wzbudzała mego zachwytu. Nie chcąc być niegrzeczny, powiedziałem, że pożyczyłbym płytę, ale inną. Mówiąc to, wskazałem na stojące na półce za szybą srebrne opakowanie podwójnego singla z namalowanym przedwojennym samochodem. Jak się okazało, był to brzemienny w skutki krok.</p>
<p>Singlem tym – a raczej &#8220;czwórką&#8221;, jak się nazywało takie albumiki – był tonpressowski &#8220;The Beatles&#8221;. Na pierwszej płycie &#8220;From Me To You&#8221;, &#8220;She Loves You&#8221;, &#8220;Yesterday&#8221; i &#8220;Help&#8221;, na drugiej – &#8220;Girl&#8221;, &#8220;Yellow Submarine&#8221; oraz &#8220;Hey Jude&#8221;. Ładna okładka z namalowanym przez Świerzego samochodem (chyba Rolls-Royce Silver Shadow) ładnie dawała się ustawić na półce po lekkim rozchyleniu skrzydełek. Pożyczyłem ją nieświadomy faktu, że wielokrotne odsłuchanie &#8220;Hey Jude&#8221; odeśle w niebyt Majkę Jeżowską, Annę Jantar, Alicję Majewską, Piotra Szczepanika (nic nie mam do głębokiego głosu pana Piotra i jego przejmujących słów, ale pełnię jego muzyki zrozumiałem dopiero odśpiewując wraz z pewnym kumplem na dwa przepite barytony jego &#8220;Nigdy więcej&#8221;, z dedykacją dla mało zachwyconych tym popisem podczas podmiejskiego wesela naszych młodych żon) czy Krzysztofa Krawczyka (tego ostatniego, jak się po latach okazało, nie do końca), którzy zaludniali płytotekę moich rodziców.</p>
<p>W &#8220;Hey Jude&#8221; inne było wszystko. Od fortepianu, który był wtedy dla mnie instrumentem nijakim, a którego znaczenie wzrastało przez lata osiągając apogeum przy bliższym zapoznaniu z Tori Amos i Eltonem Johnem, po niesamowitą wyryczaną wielokrotnie końcówkę, której siłę pojąłem dopiero transponując to po latach na gitarę do tonacji G-Dur. Opadająca sekwencja akordowa GFCG, wsparta najpierw chóralnym zaśpiewem, potem potężnym riffem orkiestry, a w końcu ochrypłym wrzaskiem McCartneya załatwiła całe bagienko polskiego Opola i Sopotu na zawsze. Po &#8220;Hey Jude&#8221; zmieniła się też moja mata.</p>
<p>Najpierw było &#8220;Razem&#8221;. Potem &#8220;Zarzewie&#8221;, &#8220;Walka Młodych&#8221;&#8230; Pisma różnych organów, doskonale wiedzące o swojej małej poczytności, które dla podratowania własnej samooceny (i sprzedawalności) zamieszczały plakaty, czasem porywając się nawet na rubrykę o muzyce młodzieżowej, wtedy już zwanej rockową. Na szczęście wypisywane tam głupoty nie zapadły mi w pamięć, ale od tych pism do regularnego, comiesięcznego zakupu Magazynu Muzycznego Jazz, a potem Non Stopu (przez długie lata) była już prosta droga. Mogę się nawet przyznać, że linia Magazyn Muzyczny Jazz – Tylko Rock – Teraz Rock wraz z dwoma polskimi apostołami rocka Wiesławami Królikowskim i Weissem jest przeze mnie wspierana od roku 1980 nieprzerwanie. </p>
<p>Najpierw mata, później szklane drzwi od mojego pokoju zaczęli zaludniać ludzie z plakatów. Lady Pank, Perfect, Scorpions, Republika, Classics Nouveaux&#8230; Najpierw polegli piłkarze, odstawieni na półkę po powrocie do upragnionego rulonu. Potem kilka przegrupowań pudełek w nieco ciaśniejsze szyki pozwoliło uzyskać dodatkowe miejsce. Aż w końcu nadszedł ten dzień. </p>
<p>Nie pamiętam, czy to było &#8220;Zarzewie&#8221;, czy &#8220;Walka Młodych&#8221;. Pamiętam natomiast sam plakat. Był to charakterystyczny plakat Perfektu z biało odzianym Markowskim na pierwszym planie i Hołdysem z Gibsonem Les Paul w dłoniach, w lekkim rozkroku i korkowym hełmie pustynnym na głowie. U dołu zawijasowate logo spod pędzla Lutczyna nie pozostawiało wątpliwości, że to autorzy ukochanego przeze mnie wtedy &#8220;Niemego Kina&#8221;. Nie zastanawiałem się więc długo. Jako że plakat był rozkładówką, miejsce było tylko jedno. Chwyciłem reklamówkę papierosów HB, która pojawiła się wtedy w domu jako wytrzymała torba na zakupy i pozdzierałem szybkimi ruchami wszystkie pudełka z maty. Jak wyrywać ząb, to szybko i bez zastanowienia. Na oczyszczone z dziecinności miejsce wpełzli szybko Hołdys z Markowskim.</p>
<p>Myślę sobie, że w czasach Allegro, w których nawet stary gruby rozkład jazdy PKP jest cennym łupem i zbiór takich pudełek po fajkach dałby się korzystnie sprzedać jakiemuś maniakowi. Co do plakatów, pięknie wydane edycje klasycznych plakatów z okładkami płyt czy reklamami filmów są dostępne od ręki w merlinie. Nawet tanio, przy płatności kartą. Nie wiem tylko, czy można kupić zwykłą słomianą matę&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/mata/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>We need new Wagner&#8230;</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/we-need-new-wagner/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/we-need-new-wagner/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 26 Jun 2009 08:03:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[siatkówka]]></category>
		<category><![CDATA[sport]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/we-need-new-wagner/</guid>
		<description><![CDATA[Nie ma równych szans. I nigdy nie będzie. Zawsze przewagę będą mieli ci, którzy mają lepsze laboratoria, czyli więcej pieniędzy. Agencje antydopingowe wyrzucają miliony dolarów w błoto. Niczego nie uzdrowią, sport wyczynowy czynią tylko bardziej elitarnym. Wyszkolenie zawodnika kosztuje wielokrotnie mniej niż ukrycie faktu, że farmakologicznie zwiększa się możliwości organizmu.
(Hubert Wagner, 2000 r.)

&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-
Rafał Stec: Pamięta [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Nie ma równych szans. I nigdy nie będzie. Zawsze przewagę będą mieli ci, którzy mają lepsze laboratoria, czyli więcej pieniędzy. Agencje antydopingowe wyrzucają miliony dolarów w błoto. Niczego nie uzdrowią, sport wyczynowy czynią tylko bardziej elitarnym. Wyszkolenie zawodnika kosztuje wielokrotnie mniej niż ukrycie faktu, że farmakologicznie zwiększa się możliwości organizmu.</em></p>
<p>(Hubert Wagner, 2000 r.)</p>
<p><span id="more-13"></span></p>
<p>&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;-</p>
<p><em><strong>Rafał Stec:</strong> Pamięta Pan pierwsze sekundy po zakończeniu finału olimpijskiego w Montrealu? </em></p>
<p><strong>Hubert Wagner:</strong> To są chwile, w których zachowaniem rządzą odruchy. Gdzieś się podbiega, kogoś całuje&#8230; Pamiętam, jak mnie zaprowadzili na konferencję prasową. Nieżyjący już dziennikarz Lech Cergowski nalał stakana i powiedział: „A teraz możesz mieć ich wszystkich w dupie!”. To była pierwsza rzecz, o której z ręką na sercu mogę powiedzieć, że naprawdę się wydarzyła.</p>
<p><em>W kraju radość z tego sukcesu przyćmiła inne medale Polaków. „Dołożyliśmy” przecież ZSRR&#8230;<br />
</em><br />
- Nie przeceniałbym tego. Kanadyjczycy uznali finał za najbardziej emocjonujące wydarzenie igrzysk tylko dlatego, że graliśmy siatkówkę najbardziej efektowną i żywiołową. Nie zdarzało się, żeby piłka spadła po naszej stronie i nikt się do niej nie ruszył. Nawet dzisiaj, mimo że ta dyscyplina zrobiła ogromny postęp, niewiele zespołów gra tak widowiskowo. Ale rzeczywiście, jakiś polityczny wydźwięk to miało. Im wyższą rangę miał funkcjonariusz, który nam towarzyszył, tym goręcej namawiał, żebyśmy „dokopali” Ruskim. Oczywiście namawiał po cichu. Dla mnie nie miało żadnego znaczenia, kto stał po drugiej stronie siatki.</p>
<p><em>Ma Pan kasetę z tego meczu? Wraca Pan do niego? </em></p>
<p>- Mam nagrane fragmenty, ale nie oglądam ich zbyt często. Wolę relaksować się przy „Kabarecie” z Lizą Minnelli.</p>
<p><em>Kiedy w 1973 roku mianowano Pana trenerem kadry, tzw. środowisko nie było zachwycone. Uważano Pana za zbyt konfliktowego, zarzucano ślepą wiarę we własną nieomylność, wypominano niewielkie doświadczenie trenerskie. Jak to się stało, że w ogóle został Pan selekcjonerem? </em></p>
<p>- Już w ostatnich latach kariery zawodniczej nie ukrywałem, że chcę prowadzić reprezentację. Kiedy po nieudanych igrzyskach w Monachium szukano kogoś z młodego pokolenia, nie było zbyt wielu kontrkandydatów, a wiedziano, że bardzo chcę objąć tę funkcję. Najpierw ostrożnie zaproponowano mi kadrę juniorów, później młodzieżówkę. Wreszcie wymyślono, żeby pomagał mi ktoś w rodzaju menedżera. Jednak postawiłem na swoim &#8211; będę pierwszym albo w ogóle &#8211; i udało się.</p>
<p>Wiem, że miałem sporo szczęścia, bo taki smarkacz w roli selekcjonera to było wtedy prawie nie do pomyślenia. Ale ja od najmłodszych lat udowadniałem, że potrafię kierować Iudźmi. Zawsze byłem szefem. Najpierw w klasie, później na parkiecie. W wieku 16 lat zostałem kapitanem drużyny, w której grali trzydziestolatkowie. W 1969 roku byłem kapitanem kadry, mimo że tyle samo czasu grałem, co spędzałem na ławce.</p>
<p><em>Wtedy pojawił się konflikt między Panem a Edwardem Skorkiem&#8230; </em></p>
<p>- Nigdy nie byłem wybitnym zawodnikiem, a ponieważ on był bezdyskusyjnie najlepszy, uważał, że funkcja kapitana należy mu się niejako z urzędu. Podobnego zdania był trener Tadeusz Szlagor. Zawodnicy jednak zaprotestowali i na kapitana wybrali mnie.</p>
<p><em>Mówił Pan wtedy, że już na igrzyskach w Meksyku Polacy mieli najlepszą drużynę w historii i powinni byli wywalczyć złoto, ale trener Szlagor był zbyt „dobry”, by wymagać ciężkiej pracy. </em></p>
<p>- Niestety, Tadek był człowiekiem o gołębim sercu. Mówię niestety, bo u trenera reprezentacji to wada. Tak to już jest &#8211; im jest się wybitniejszym siatkarzem, tym częściej głęboko tkwi pokusa, żeby się opieprzać. Ja, jako kapitan, sprzeciwiałem się wielu decyzjom trenera, co zresztą swoim zwyczajem głośno wyrażałem. Ale nikt mi nie zarzuci, że wprowadzałem zamęt do zespołu. Na treningach siedziałem cicho i wykonywałem wszystkie polecenia. Nawet jeśli uważałem je za niesłuszne. Bo zawsze wyznawałem zasadę, że jak ktoś mną dowodzi, a ja się na to zgodziłem, muszę przestrzegać narzuconych przez niego reguł.</p>
<p><em>Ale polemiki z trenerem kosztowały Pana wyjazd na igrzyska do Monachium&#8230; </em></p>
<p>- Nie pojechałem, choć byłem u szczytu możliwości. W wieku 31 lat miałem najlepszy sezon w karierze, i to nie była tylko moja ocena. Szlagor uznał jednak, że jestem kontrowersyjny i gdybym siedział na ławce, ta „kontrowersyjność” źle wpływałaby na zespół. Być może miał rację. Ale trener ma rację tylko wtedy, gdy wyniki jego drużyny osiągają przynajmniej pułap przyzwoitości. A Polacy zajęli w Monachium dopiero dziewiąte miejsce. Grali słabo, bez wyrazu i oglądając ich mecze, myślałem sobie, że może na ławce przydałby się ktoś kontrowersyjny&#8230; Sprzeciw po mojej nominacji miał podobne przyczyny &#8211; przyszedł jakiś gówniarz i wygłasza inne poglądy niż wszyscy.</p>
<p><em>Na pierwszym spotkaniu z reprezentantami powiedział Pan tak: „Możecie mówić, że jestem ostatnim draniem i najgłupszym trenerem na świecie. To mnie nie obchodzi. Ale musicie nie tylko dokładnie słuchać, co mówię, ale i święcie wierzyć, że mam rację. A komu się nie podobają moje zasady, niech pakuje manatki”. Jak zareagowali? </em></p>
<p>- Kiedy wygłosiłem swoje, spytałem, czy ktoś ma coś do powiedzenia. Zapadła cisza. Wszyscy myśleli, że wystąpi Edek Skorek, ale i on siedział cicho. Przyszedł dopiero po kilku dniach. Coś tam wybąkał, że właściwie nie ma nic przeciwko mnie, ale nie wszystko, co powiedziałem, mu się podoba. Powiedziałem jasno: „Wiesz, że mnie nie wyrzucą. Wiesz, jakie mam metody. Nie obchodzi mnie, co będziesz o mnie mówił, ale albo je przyjmujesz, albo wynocha”. Nigdy już nie miałem w drużynie tak uczciwego kapitana. Nie próbował mącić za moimi plecami. Do dziś mamy dla siebie szacunek, choć dzielą nas poglądy w niemal wszystkich dziedzinach. Dziennikarze robią sensację z tego, że podajemy sobie z Edkiem dłoń. Nie rozumieją, że dwóch ludzi potrafiło odłożyć na bok osobiste animozje, by osiągnąć wspólny cel.</p>
<p>Ja zawsze zaczynam pracę od przedstawienia zawodnikom mojej koncepcji demokracji. Możemy godzinami dyskutować &#8211; oczywiście nie z 35. zawodnikiem, ale z kapitanem czy jednym z najstarszych siatkarzy &#8211; o tym, co robimy i co powinniśmy robić. Ale demokracja kończy się w momencie, gdy zaczyna się trening lub mecz. Wtedy rację mam tylko ja. Po prostu nie wierzę w skuteczność innych &#8211; nazwijmy to &#8211; systemów określających relację trener &#8211; zawodnicy.</p>
<p><em>Od początku podkreślał Pan, że interesuje Pana tylko walka o medale. Skąd to przeświadczenie, że Polacy mogą najlepiej na świecie grać w siatkówkę?</em> </p>
<p>- To nie stało się tak, że obudziłem się pewnego ranka i doznałem olśnienia. Potrafiłem wyciągać wnioski. Widziałem, że nawet w połowie nie wykorzystujemy potencjału tkwiącego w naszych siatkarzach. Nie chcę nikogo obrażać, ale błędne prowadzenie reprezentacji, które mogłem bezpośrednio obserwować, pozwoliło mi dojść do tego, jak robić to dobrze.</p>
<p>Już wcześniej, kiedy sam grałem w kadrze, ogrywaliśmy wszystkich, nawet światową czołówkę, tylko nigdy wtedy, kiedy było trzeba. Na najważniejszych imprezach dostawaliśmy lanie. O potencjale, jaki miał ten zespół, świadczył brązowy medal na ME w Stambule w 1967 roku.</p>
<p>Nie byłem jednak przekonany, że w 1974 roku zdobędziemy mistrzostwo świata. Pewny siebie byłem dopiero po powrocie z mistrzostw w Meksyku, kiedy zapowiadałem triumf na igrzyskach w Montrealu. Wypaliły moje metody, które na owe czasy były wręcz rewolucyjne. Podbudowało mnie to tym bardziej, że już sama gra w Meksyku, jego zabójczym klimacie, jest swoistym eksperymentem &#8211; to był najtrudniejszy turniej w historii, o niebo trudniejszy od olimpijskiego. Jedenaście meczów w morderczych warunkach mogło odebrać ochotę na uprawianie sportu. A miałem w drużynie kilku młodych zawodników. Jak dzisiaj słyszę, że siatkarze, którzy mają za sobą igrzyska i mistrzostwa kontynentu, muszą się jeszcze ogrywać, ogarnia mnie pusty śmiech. Pierwszą oficjalną imprezą międzynarodową Tomasza Wójtowicza i Mirosława Rybaczewskiego były mistrzostwa świata. Obaj mieli wtedy po 21 lat.</p>
<p><em>Przyzna Pan jednak, że niektóre pomysły mogły bulwersować. Wiesławowi Gawłowskiemu postawił Pan ultimatum &#8211; albo w ciągu kilku miesięcy zostanie najlepszym siatkarzem świata, albo straci miejsce w reprezentacji&#8230; </em></p>
<p>- Naprawdę to zrobiłem? Nie pamiętam, ale to bardzo prawdopodobne. Musiałem go zmobilizować. Wiadomo było, że na MŚ najlepszym rozgrywającym był Stanisław Gościniak. Powiedziałem mu otwarcie: „Rosjanie rozpoczną wielkie przygotowania, by dołożyć nam na igrzyskach. W szóstce, która ma ich pokonać, nie widzę ciebie, tylko Gawłowskiego, który jest bardziej wszechstronny, ma lepszy blok, atak, choć rozgrywa słabiej”. Jeśli chodzi o rozegranie, Staszek miał zwierzęcy instynkt, coś, z czym człowiek się rodzi, czego nie można wytrenować. Tym trudniejsze zadanie stało przed Gawłowskim. Ale bez tego o mistrzostwie nie miałem co marzyć. A mnie nie interesowało nic innego. No i po igrzyskach nazwanie Gawłowskiego najlepszym siatkarzem świata nie byłoby chyba wielkim nadużyciem.</p>
<p><em>Amerykanie, którzy napsuli Wam sporo krwi w Meksyku, przyznawali, że na samą myśl o pojedynku z Rosjanami drżą im kolana. Jak Pan przekonał polskich siatkarzy, że Rosjan można zwyciężyć?</em> </p>
<p>- Musieliśmy przezwyciężyć kilka mitów. Pierwszym i największym była słaba psychika polskich siatkarzy, którą tłumaczono wszystkie porażki w czasach, gdy sam grałem w kadrze. A ja uważałem, że poza przypadkami choroby psychika jest wykładnikiem przygotowania, umiejętności, sposobu trenowania. Oczywiście są wyjątki. Znałem zawodnika, któremu na treningu nikt nie dorastał do pięt, a podczas meczów był najsłabszy na parkiecie. Taki po prostu nie może grać w reprezentacji. Natomiast tłumaczenie psychologią cyklicznych porażek uważam za absurd. I nie tylko ja. Przyjechał kiedyś do Polski amerykański trener koszykówki. Podczas jednego z wykładów padło pytanie, co on robi, kiedy ma zawodnika słabego psychicznie. Choć tłumaczy mieliśmy bardzo dobrych, nasz gość nie potrafił zrozumieć pytania. &#8220;Jak to, co robię &#8211; powiedział w końcu zdziwiony. &#8211; Biorę następnego&#8221;. Dla niego taki problem nie istniał. Przecież nikt nie zdobędzie Mount Everestu, jeśli ma lęk wysokości.</p>
<p>Drugim mitem, który musieliśmy zniszczyć, było przeświadczenie o potędze Rosjan. Mistrzem demagogii w straszeniu nimi był Zdzisław Ambroziak. Przed ważnymi zawodami powtarzał nieustannie, jacy oni wysocy, jacy silni, jacy skoczni. A sam był od nich wyższy i wyżej od nich skakał. Tylko serce miał zajęcze. Jak zobaczył Ruskich, to miał pełne portki ze strachu.</p>
<p>Mity, które nie mają podłoża w realiach, są trudne do obalenia, bo usprawiedliwiają niepowodzenia. Nie można wygrać, to po co tyle pracować? A bez pracy trudno coś osiągnąć. I koło się zamyka.</p>
<p><em>Do kadry powoływał Pan zawodników, którym nikt nie prorokował kariery nawet w lidze&#8230; </em></p>
<p>- Rybaczewski siedział w Olsztynie na ławce. Trener miał do mnie pretensje, że podważam jego kompetencje. A ja po prostu widziałem, że &#8220;Ryba&#8221; ma piekielnie silną rękę, a przede wszystkim charakter. Jest &#8220;walczakiem&#8221;, wszystko w życiu robi na całego. A w siatkówce takich charakterów nigdy za dużo. Wśród sportów zespołowych wyróżnia ją to, że ktoś musi wygrać decydującą piłkę. Granie na remis, jak np. w piłce nożnej, jest absurdalne, przeczy naturze tej dyscypliny.</p>
<p>Wiesława Czaję ktoś mi podpowiedział: że wielki byk, że skacze jak nikt. Grał wtedy w Częstochowie w trzeciej lidze. Po sześciu miesiącach kończył MŚ w pierwszej szóstce.</p>
<p><em>Ale właśnie sprawa Czai przysporzyła Panu kolejnych wrogów. Wyrzucać kogoś z kadry tylko dlatego, że nie chce zmienić klubu?</em> </p>
<p>- To akurat było bardzo racjonalne posunięcie. Przygotowywaliśmy się do igrzysk, a druga liga, do której awansował częstochowski klub, stawiała zbyt małe wymagania olimpijczykowi. Poszedł do Hutnika Kraków, ale nie załatwili mu przeniesienia na AGH, więc nie chciał grać. &#8211; Jak długo jesteś w Krakowie? &#8211; pytam. &#8220;Sześć tygodni&#8221;. &#8211; Ile razy byłeś na uczelni, żeby coś załatwić? &#8220;Nie byłem&#8221;. &#8211; To nie ma o czym gadać, masz wyjść na boisko, bo cię zawieszę.</p>
<p>Nie wyszedł. I został zawieszony. A zanim zacząłem z nim rozmawiać, trzeba było wyprosić z szatni jego żonę, która wszystko musiała załatwiać za niego. I jak taki człowiek miał znieść trudy przygotowań i samej olimpiady?</p>
<p>Później straciliśmy Staszka Gościniaka. Po MŚ Amerykanie chcieli z niemal wszystkimi moimi siatkarzami podpisać zawodowe kontrakty. Obiecaliśmy sobie jednak, że do Montrealu zostajemy razem. Słowo dolar oddziaływało wówczas magicznie i Gościniak uległ jego urokowi. A ja nie mogłem pozwolić, by choć jeden zawodnik złamał umowę.</p>
<p>Strata tych dwóch siatkarzy musiała osłabić drużynę pod względem umiejętności, ale z drugiej strony scementowała ją. Ci faceci przekonali się, że przyjęte reguły są konsekwentnie przestrzegane, obowiązują wszystkich, nawet pozornie niezastąpionych, jak Gościniak. Nie twierdzę, że te reguły były idealne. Miały plusy i minusy. Problem polegał na tym, żeby plusów było więcej.</p>
<p><em>Mówiło się, że dyscyplina w Pana zespole graniczyła z ascezą, ale zawodnicy mogli wieczorem wyskoczyć na piwo&#8230; </em></p>
<p>- Wolałem, żeby wypili dwa piwa za moją wiedzą niż jedno bez niej. Dam przykład. Zgrupowanie w Zakopanem. Dwunasta w nocy. Przychodzą do mnie ludzie na skargę: &#8220;Pana zawodnicy piją piwo!&#8221;. Bosek, Skorek i Wójtowicz &#8211; odpowiadam. Wiem, bo im pozwoliłem. Był luz, ale kontrolowany. Dla dobra zespołu.</p>
<p>Natomiast o spóźnieniu się na trening nie było mowy. Śnieg czy nawałnica &#8211; to nie usprawiedliwienie. Oczywiście jeśli zasypie tory do Zakopanego, to na zgrupowanie nie przyjedzie połowa zespołu i nie ma sprawy. Ale jeśli jeden się spóźni, to znaczy, że popełnił błąd. Jeśli pozostałych szesnastu czeka tylko minutę, to w rzeczywistości tracimy szesnaście razy jedna minuta. A kiedy zacznę rozgrzewkę bez niego, inni pomyślą: &#8220;Po co mamy przychodzić na czas, skoro można dołączyć pięć minut później?&#8221;.</p>
<p><em>I kadrowicze nigdy nie wycięli Panu żadnego numeru? </em></p>
<p>- Oczywiście, że wycięli. Kiedy po raz drugi pracowałem z kadrą, pozwoliłem czterem chłopakom na wypad do knajpy. Ale dodałem: &#8211; Macie wrócić przed północą i nie przesadźcie z alkoholem. Gdy drugi trener sprawdził, jak zabawa się rozwija, dwóch wyglądało na lekko podchmielonych, trzeci trochę przegiął i miał mi się zameldować. Czwarty był w takim stanie, że nie mógł już tego zrobić. A że już wcześniej mi podpadł, poszedłem do lokalu i kazałem mu wynosić się z obozu. Dopiero niedawno zawodnicy opowiedzieli mi, że delikwent obudził się rano i opowiada podekscytowany: &#8211; Ale miałem sen. &#8220;Gruby&#8221; wyrzucił mnie z kadry. A oni na to: &#8211; Stary, to nie był sen. Lepiej pakuj się szybko, bo jak cię zobaczy, to ci nogi z d&#8230; powyrywa. Dodam, że z bohaterem tej historii dzisiaj jestem w doskonałej komitywie.</p>
<p><em>O morderczych treningach za Pana czasów krążą legendy. Czy właśnie przygotowanie fizyczne było kluczem do sukcesów? </em></p>
<p>- Dzisiaj można dyskutować, czy musieliśmy trenować dziesięć godzin dziennie, czy nie wystarczyłoby np. osiem. Nie wiem. Wtedy uważałem, że tak, i tak trenowaliśmy. Ale najważniejsze było wypracowanie w sobie maksymalnego zaangażowania w każdy gest na boisku. Bo żadnego zagrania nie można nauczyć się perfekcyjnie bez stuprocentowego zaangażowania. Nie pomoże nawet milion powtórzeń. Zagrywka to jest serce, głowa, dusza, a dopiero potem ręka. Kiedy siedzę obok boiska, wiem, jaki będzie serwis, zanim zawodnik podrzuci piłkę.</p>
<p>Pytają mnie dzisiaj, czym się różni polska siatkówka od czołówki. Krew mnie zalewa, kiedy kreowany na gwiazdę Marcin Prus zachęca widzów do dopingu, a powinien patrzeć głęboko w oczy rywalom, obserwować każde ich drgnienie, żeby możliwie najszybciej wiedzieć, jak ustawić blok. Rosjanie, Jugosłowianie nie pamiętają w takiej chwili o widowni. Widzą tylko to, co się dzieje po drugiej stronie siatki.</p>
<p><em>Jako mistrzowie świata nie mieliście problemów z mobilizacją? </em></p>
<p>- Po zdobyciu tytułu wszystkim może przewrócić się w głowie. Dlatego jeszcze zwiększyliśmy intensywność i czas treningu. Oczywiście niektórzy próbowali się wymigać od roboty. Ale jak się pojawiał konflikt, to szybko wybuchał i szybko się go rozwiązywało. Słyszałem o tych legendach, że zawodnicy bali się cokolwiek powiedzieć głośno, bo Wagner to kat, sk&#8230; Przeciwnie, mówiliśmy sobie wszystko prosto w oczy, nie było szeptania po kątach, które najskuteczniej niszczy drużynę. A jakbym ujawnił, co zawodnicy robili wtedy z moim przyzwoleniem, nikomu nie mieściłoby się w głowie, że po czymś takim można wygrywać na poważnych zawodach.</p>
<p>Zapowiadałem złoto w Montrealu, żeby zahartować chłopaków. Olimpiada pod względem wysiłku fizycznego nie jest takim wyzwaniem jak MŚ. Przeciwnicy są słabsi, bo kwalifikacje oparte są na kluczu kontynentalnym. Zawsze dwóch, trzech rywali można odpuścić. Ale igrzyska są wyjątkowo uciążliwe pod względem psychicznym. W wiosce olimpijskiej, w mieszkaniu o powierzchni 100 metrów, z jedną łazienką i piętrowymi łóżkami, kilkunastu osobom nie żyje się łatwo. Zwłaszcza takim drągalom jak siatkarze.</p>
<p><em>Podczas meczu z Japonią na MŚ wynoszono z loży mdlejących z emocji pracowników polskiej ambasady. Pan podczas finału olimpijskiego wyglądał na zdenerwowanego, parę razy machnął ręką po kontrowersyjnych decyzjach sędziów&#8230; </em></p>
<p>- Gorsze chwile przeżywałem podczas pojedynku z Kubą. Po trzech godzinach walki mecz wydaje się wygrany, a tu sędziom przyśniło się, że piłka poszła po bloku i euforia zamienia się w psychiczny dołek. Człowiek uświadamia sobie, że przez czyjś niezamierzony błąd cała jego praca może pójść na marne. Ale właśnie wtedy procentuje pot wylany na treningach. Oglądając końcówki tamtych meczów, łatwo uświadomić sobie różnicę, jaka dzieli obecnych reprezentantów od medali. Nam mogła drżeć dłoń na początku seta, ale nigdy nie zadrżała, kiedy emocje sięgały zenitu.</p>
<p><em>Ale jak zahamować nerwy w tie-breaku z zespołem, który wcześniej miażdżył rywali i nie stracił nawet seta, jak Rosjanie&#8230; </em></p>
<p>- Mówiłem, że piąty set, o ile do niego dojdzie, będzie formalnością! Rosjan zgubiła łatwość, z jaką wygrywali w całym turnieju. Kiedy prowadzi się 2:0, gra się na luzie, bo nawet nagłe załamanie nie przesądza sprawy. Przy stanie 2:2 każda piłka jest decydująca. My większość spotkań wygrywaliśmy po pięciu setach, dla Rosjan ta sytuacja była nowością, dlatego ręka zadrżała im.</p>
<p><em>Doprowadził Pan do sytuacji, w której nawet srebro zostałoby uznane za Pańską osobistą klęskę&#8230; </em></p>
<p>- Nie bałem się tego, bo naprawdę wierzyłem, że cel jest wykonalny. Zresztą nie miałem wyjścia &#8211; trud włożony w przygotowania, szaleńcze tempo, jakie narzuciłem chłopakom, wynagrodzić im mogło tylko złoto.</p>
<p><em>Największe sukcesy olimpijskie w grach zespołowych to złote medale siatkarzy i piłkarzy Kazimierza Górskiego. Dlaczego wszyscy pamiętają nazwiska Laty, Deyny czy Szarmacha, a złoto z Montrealu jest utożsamiane właściwie tylko z Wagnerem? </em></p>
<p>- To fenomen, którego nie rozumiem. Nigdy nie powiedziałem, że to ja wygrałem. A dowodów popularności nie brakuje. Osłupiałem, kiedy wracałem po siedmiu latach z zagranicy i rozpoznał mnie celnik. Ale najbardziej zaskoczony jestem, gdy rozpoznaje mnie policjant, który jest młodszy od złotego medalu w Montrealu. Nie od razu, ale kiedy widzi w dokumentach imię i nazwisko. &#8220;To naprawdę Pan?&#8221;.</p>
<p>Być może zasłużyli się ci wszyscy, którzy nas przez kilka lat opluwali, przed igrzyskami i po. Najwięcej dostało się mnie. &#8220;Będą poskręcani, nie będą chodzić&#8221; &#8211; mówili o &#8220;ofiarach&#8221; moich metod treningowych. Jak dotąd wszyscy czują się świetnie. W dziesiątą rocznicę olimpijskiego triumfu ograli pierwszą reprezentację Francji. Jeszcze dzisiaj Rysiek Bosek przyjmuje, a Edek Skorek zagrywa lepiej niż wielu ligowców. Kiedy dwa lata temu wystawiłem Adamowi Nowikowi krótką piłkę, rozdziawił gębę ze zdziwienia: &#8220;to Pan umie wystawiać?&#8221;. A wystawić krótką facetowi, który ma ponad dwa metry, to żadna sztuka. Kiedyś sztuką było wyłożyć piłkę komuś, kto miał metr osiemdziesiąt, i każdy centymetr niedokładności niweczył akcję.</p>
<p><em>Na ile uważa Pan złoto za swój sukces? </em></p>
<p>- Podział zasług oceniam na po 50 procent. Do sukcesu niezbędni są wybitni zawodnicy. Genialny szkoleniowiec, mając do dyspozycji przeciętniaków, może zająć czwarte miejsce zamiast ósmego. Ale nie zdobędzie mistrzostwa świata. Siebie mogę pochwalić za to, że przy tworzeniu drużyny pozbyłem się wszelkich uprzedzeń i unikałem schematycznego myślenia. Nie miałem żadnej idee fixe, np. że sukces przyniosą tylko wysocy, tylko doświadczeni albo młodzi. Znalazłem takich ludzi jak np. Czaja, któremu podrzucało się piłkę i walił jak z armaty. A inni robili za niego resztę. Nie musiał przyjmować, nie musiał bronić. Zresztą nie mógł, bo tego nie umiał. W zespół wkomponował się idealnie. Ale trzeba było odwagi, żeby postawić na takiego zawodnika.</p>
<p><em>Ile dostaliście za medal? </em></p>
<p>- Po 1,5 tys. dolarów na głowę. Wysokość premii ustaliliśmy przed turniejem. To były niemałe pieniądze, porównywalne z obecnymi premiami za olimpijski medal. Wreszcie nie mieliśmy kłopotów ze zdobyciem talonów na samochód. Kiedy kupiłem zastawę, jak na tamte czasy dobry wóz, zostało mi jeszcze 540 dolarów! Niektórzy mieli jeszcze więcej szczęścia. Mimo że premier Jaroszewicz zakazał klubom dodatkowego nagradzania medalistów, niektóre kluby nie poskąpiły zawodnikom np. drugiego talonu!</p>
<p>Co ciekawe, dostałem premię, ale nie mam medalu. Medale dostawali wtedy tylko zawodnicy.</p>
<p><em>Dlaczego po igrzyskach Pan zrezygnował? </em></p>
<p>- Ponieważ następnym etapem rozwoju tej drużyny mogło być tylko zawodowstwo. A ono nie było wtedy możliwe. Przy bazie organizacyjnej i finansowej, którą wtedy dysponowaliśmy, więcej osiągnąć nie mogliśmy. Byłoby nieuczciwe wymagać kontynuowania tak morderczej pracy &#8220;tylko&#8221; dla medalu.</p>
<p><em>W jednym się Pan pomylił w latach 70. Stwierdził Pan, że polscy siatkarze nie będą mieli równych w świecie przez wiele lat. </em></p>
<p>- Ale myślałem, że będę ich trenerem&#8230; W 1985 roku pytano mnie, jak przeżyłem porażkę &#8211; czwarte miejsce na ME. Odpowiedziałem wtedy: rzeczywiście, to bardzo złe miejsce. Powinniśmy zająć wyższe. Ale myślę, że długo będziemy czekać na przynajmniej powtórzenie tego rezultatu. Niestety, nie myliłem się. Ostatni medal to wicemistrzostwo Europy pod moją wodzą dwa lata wcześniej.</p>
<p><em>W 1978 roku objął Pan reprezentację kobiet. Z nimi sukcesów Pan nie odniósł&#8230; </em></p>
<p>- Powiedziałem: czeka nas ciężka harówka. Jak się zakwalifikujemy do MŚ czy igrzysk, może jakieś wynagrodzenie będzie, na razie nie ma mowy. Bez motywacji jednak mogliśmy się obejść &#8211; nagrodą miały być wyjazdy do Peru, Chin i USA. Dziewczyny się zgodziły. Znosiły obciążenia, o jakie bym ich nie podejrzewał. Graliśmy nawet sparingi z drugą ligą męską. Z powodów politycznych nie pojechaliśmy jednak do Peru, później do Chin. Wtedy urzędasy stwierdziły, że nie ma sensu płacić też za wyjazd do Ameryki. To może zniechęcić każdego. Lepiej obiecać mało i dotrzymać słowa, niż obiecywać złote góry i później się nie wywiązać&#8230;</p>
<p>Kilka podstawowych zawodniczek &#8220;poszło w chorobę&#8221;. Tak to przeżyły. Mimo to z dwiema seniorkami i czterema juniorkami w składzie ograliśmy Rosjanki! To znaczy, że potencjał ten zespół miał niewiarygodny. Dlatego jako trener nie rozumiałem ich decyzji. Potrafiłem je natomiast zrozumieć jako człowiek. W przypadku tych dziewczyn chodziło nawet nie o utratę motywacji, ale o to, że ktoś je oszukał. I właściwie to mnie można było uznać za winnego. Mnie też oszukano, ale to ja zawarłem z zawodniczkami umowę, więc wziąłem za wszystko odpowiedzialność.</p>
<p><em>Siatkarka Skry Agata Tekiel wynosiła kiedyś Pana pod niebiosa jako trenera. Miała tylko jedno do zarzucenia &#8211; podczas meczów nie ma Pan dla zawodniczek miłego słowa. Wychodzi Pan z założenia, że kobiety trzeba tresować, a nie trenować? </em></p>
<p>- Problem polegał na tym, że siatkarki Skry inaczej sobie wyobrażały pochwały niż ja. Uważały, że jak grają tak, jak im każę, to powinienem je chwalić. Ja uważałem to za rzecz normalną. Kiedy czasami spontanicznie z aprobatą klepnąłem którąś z nich po plecach, to one z kolei tego nie dostrzegały.</p>
<p><em>W latach 90. znów objął Pan kadrę i nie udało się nawet zbliżyć do dawnych sukcesów. </em></p>
<p>- Podpisałem umowę na cztery lata, przyjęto mój plan, ale stanowisko straciłem po niespełna roku. Nie obiecywałem sukcesów w pierwszym sezonie. Zapowiedziałem natomiast, i to na piśmie, że zajmiemy szóste-ósme miejsce na MŚ. Gdyby się nie udało, wycofałbym się. Nie dali mi zrealizować planu, który zaakceptowali. Gdyby zwolniono mnie w 1973 roku, też nie byłoby złota w Montrealu.</p>
<p><em>Dlaczego ostatnio polscy siatkarze nie odnoszą sukcesów, choć w niższych kategoriach wiekowych cały czas są w czołówce? Dwa lata temu juniorzy wywalczyli nawet mistrzostwo świata. </em></p>
<p>- Szkolenie juniora na dobrego juniora i na dobrego seniora to dwie zupełnie inne rzeczy. W 1968 roku na mistrzostwach Europy juniorów pierwszą szóstkę tworzyli Gawłowski, Stefański, Sadalski, Karbarz, Bebel, Bosek. Zajęli siódme miejsce. Parę lat później wicemistrzostwo Europy zdobyli juniorzy z Rybaczewskim i Wójtowiczem w składzie. Mimo to większy sukces odniósł trener tej pierwszej drużyny &#8211; ponieważ wychował więcej złotych medalistów olimpijskich. Dlatego trenera kadetów powinno się rozliczać nie za wynik, tylko za to, ilu zawodników zagra później w pierwszej lidze, w reprezentacji, na MŚ seniorów.</p>
<p>W zeszłym roku oglądałem mistrzostwa Polski w kategoriach młodzieżowych. Siedzę obok działacza, który pieje z zachwytu: &#8220;mają 16, 17 lat i już atakują z drugiej linii!&#8221;. A ja pytam: &#8220;Po co? Niech Pan patrzy, piłka spadła pomiędzy nich. Czy któryś choćby drgnął? Czy był na pozycji, która dawała mu szansę do tej piłki dojść?&#8221;. Wszyscy popełniają te same, proste błędy, przez które później przegrywa pierwsza reprezentacja. Niech się nauczą abecadła &#8211; dobrze przyjmować, wystawiać.</p>
<p><em>A czy koncepcje trenerów ligowych nie są anachroniczne? </em></p>
<p>- W naszym chałupniczym zawodowstwie człowiek, który odpowiada za wynik, ma przeważnie najmniej do gadania. Amerykanie, którzy teraz robią furorę, w zeszłym roku trenowali kilka dni w Szczecinie. Robili dokładnie to, co według mnie trzeba było robić, by osiągnąć sukces 30, 20, 10 lat temu, i trzeba robić teraz. Działacze kazali ich filmować, żeby udowodnić nam, jakie przestarzałe metody stosujemy. Po trzecim treningu zrezygnowali, bo wydawało im się, że Amerykanie robią cały czas to samo. Zwykłą szkolną gierkę o zmiennych założeniach taktycznych. Jeśli polski działacz widzi trening przeprowadzony według tego schematu, uznaje, że szkoleniowiec nie ma koncepcji, i wyrzuca go z pracy. On chciałby zobaczyć coś wyrafinowanego.</p>
<p>Laik nie zrozumie nic, oglądając, jak po obu stronach siatki stoi sześciu chłopa i przebija piłkę. Tyle że Amerykanie ćwiczyli każde zagranie, dopóki nie osiągnęli w nim perfekcji. Sami dyskutowali o błędach, trener podbiegał co jakiś czas, by wytknąć niedociągnięcia. Zawodnicy wiedzieli, co robią i po co.</p>
<p>Nasi siatkarze nie widzą sensu takich ćwiczeń, działacze popierają ich sposób myślenia. A później połowa sytuacji na parkiecie ich zaskakuje. Ligowy zawodnik nie potrafi zrozumieć, że jak piłka spada przed nim na parkiet, to zawsze jest jego błąd.</p>
<p><em>Co Pan myślał, kiedy podczas styczniowego turnieju w Katowicach Polacy trwonili olbrzymią przewagę w czwartym secie meczu z Jugosławią, zaprzepaszczając szansę na awans do igrzysk w Sydney? </em></p>
<p>- Stuprocentowej pewności nigdy nie można mieć, ale powiedzmy w 90 proc. po jednej zepsutej piłce byłem przekonany, że będzie źle.</p>
<p>Trener Mazur przekonuje się już, że drużyna musi być wielopokoleniowa. Ale co równie ważne &#8211; zrozumiał, że ta sama zasada musi dotyczyć grupy opiekunów. Oczywiście pierwszy trener podejmuje wszystkie decyzje, ale burza mózgów wokół zespołu jest niezbędna. Nawet jeśli uczestnicy dyskusji obrzucą się błotem i będą na siebie wkur&#8230;, ale jeśli każdy poprawi coś w drużynie o jeden procent, to cel został osiągnięty. W siatkówce obowiązuje inna matematyka. Wyeliminowanie drobnych usterek, tych kilku procent, może podnieść efektywność gry o 70-80 proc.</p>
<p><em>Czy po katowickim turnieju patrzy Pan z optymizmem na przyszłość reprezentacji? Grono współpracowników rzeczywiście znacznie się rozszerzyło i zróżnicowało, a trener Mazur medal obiecywał dopiero na igrzyskach w Atenach w 2004 roku. </em></p>
<p>- Wiem jedno &#8211; przyszedł czas, by zrobić wynik. Przegrać z Jugosławią, Rosją, ale wygrać zawody. Drażni mnie przypominanie zwycięstwa sprzed lat nad Holandią, z którą trzy dni później przegraliśmy w bezpośrednim pojedynku o awans do igrzysk w Barcelonie. Przecież to nie powód do dumy, tylko dyshonor dla trenera. Może nawet opłacało się go przegrać, żeby w finale zagrać z innym rywalem. Ten rok zadecyduje o wszystkim. Jeśli wejdziemy do finałowej czwórki Ligi Światowej, a w eliminacjach do ME stracimy najwyżej jednego seta, możemy myśleć nawet o medalu na olimpiadzie.</p>
<p><em>Siatkówka przechodzi w ostatnich latach zmiany wręcz rewolucyjne. Wielokrotnie powtarzał Pan, że nowe przepisy są absurdalne, sprzyjają słabszym&#8230;</em> </p>
<p>- W światowej czołówce wygrywają ci sami. Ale to jest już całkiem inna gra. Kiedyś na zwycięstwo trzeba było zapracować. Odzyskać serwis, dokładnie zagrać i skutecznie zablokować albo wybronić piłkę i zdobyć punkty atakiem. Dzisiaj wystarczy błąd przeciwnika. Doświadczyłem tego na własnej skórze. Kiedy prowadziłem Morze Szczecin, miałem niski skład, więc przez pięć miesięcy ćwiczyłem silną, bardzo ryzykowną zagrywkę. Obliczyłem sobie, że opłaca mi się dziesięć zepsuć, jeśli zyskam dzięki niej tyle samo punktów. Tuż przed rozpoczęciem rozgrywek zmieniono przepisy. W meczu z mistrzem Niemiec moi zawodnicy psują 28 serwisów, ale 28 innych przynosi im punkty. I wygrywam. A według nowych zasad? Te 28 zepsutych zagrywek to 28 punktów oddanych bez walki rywalom! Miałem mieć najlepszą zagrywkę w lidze. Jaką miałem? Najgorszą! Być może młodzi zawodnicy nie czują tego, może widownia też nie, ale wymyślono nową grę.</p>
<p>Kilka lat temu na otwartych mistrzostwach świata w USA obowiązywał jeszcze inny system &#8211; set trwał osiem minut &#8220;efektywnego&#8221; czasu gry. Jeśli kończył się remisem, grało się tie-break do dwóch wygranych punktów. To znacznie lepsze rozwiązanie. Nie łamie ducha siatkówki, lecz ogranicza czas trwania meczów.</p>
<p><em>Miał Pan kiedykolwiek do czynienia z dopingiem? </em></p>
<p>- Mówiło się, że Rosjanie się &#8220;szprycują&#8221;. Nie wiem, czy to prawda. Siatkówka jest sportem zbyt technicznym, by niedozwolone środki mogły w decydującym stopniu wpłynąć na wynik. Uważam, że walka z dopingiem jest bezsensowna jak walka z wiatrakami. Nie mogę walczyć z czymś, co jest zawsze krok przede mną. Tylko w Stanach mają tyle zdrowego rozsądku, by w profesjonalnych ligach nie przeprowadzać badań antydopingowych.<br />
<em><br />
Proponuje Pan rezygnację z walki o wyeliminowanie niedozwolonego wspomagania? </em></p>
<p>- &#8220;Koksują się&#8221; przedstawiciele różnych dziedzin życia. Aktorzy, biznesmeni, politycy. Mimo to dożywają późnej starości. Dlaczego? Bo wiedzą, co robią. Uważam, że lepszym rozwiązaniem byłoby sprawowanie kontroli nad dopingiem. Nie czyniłby takiego spustoszenia. Przydałoby się np. ustalenie granicy wieku, od którego &#8220;koksowanie się&#8221; byłoby dozwolone. Nie wiem, ile miałoby to być lat. Może dla kobiet i mężczyzn ograniczenia byłyby inne. To zadanie dla lekarzy. W każdym razie nikt nie ryzykowałby dla medalu w imprezach juniorskich, mniej byłoby tragedii. Przecież linoskoczka w cyrku nie badamy. A sport wyczynowy niczym się od wykonywanej przez niego pracy nie różni. Ma tylko większą oglądalność.</p>
<p><em>A zasada równości szans&#8230; </em></p>
<p>- Nie ma równych szans. I nigdy nie będzie. Zawsze przewagę będą mieli ci, którzy mają lepsze laboratoria, czyli więcej pieniędzy. Agencje antydopingowe wyrzucają miliony dolarów w błoto. Niczego nie uzdrowią, sport wyczynowy czynią tylko bardziej elitarnym. Wyszkolenie zawodnika kosztuje wielokrotnie mniej niż ukrycie faktu, że farmakologicznie zwiększa się możliwości organizmu.</p>
<p><em>Potrafiłby Pan zrezygnować ze sportu? A może czuje się Pan wypalony? </em></p>
<p>- Zdaję sobie sprawę, że być może w sporcie nigdzie się już nie &#8220;załapię&#8221; [rozmawialiśmy, zanim Wagner objął przedostatnią w lidze Legię - przyp. red.]. I to nie dlatego, że mnie nie chcą. Ofert nie brakuje. Ja po prostu nie potrafię pracować pod rządami ludzi niekompetentnych. Niezależnie od pieniędzy, jakie bym otrzymał. No, chyba że byłaby to jakaś zupełnie kosmiczna kwota. Moralność jest zawsze kwestią ilości zer po przecinku.</p>
<p>Tęsknię za treningami, siedzeniem na ławce podczas gry. Ale mam już dość ciągłej prowizorki. Dam przykład. Sezon w polskiej lidze kończy się w kwietniu. Jak przypomnę sobie wiele lat spędzonych w Legii, to był okres najcięższej pracy. Harowali zwłaszcza rezerwowi, którzy jeszcze nie zasługują na grę, ale mają do tego predyspozycje. Ówczesne kontrakty były długoterminowe. A teraz? Umowę podpisuje się na rok. W efekcie po sezonie i zawodnicy, i trenerzy czekają niecierpliwie do sierpnia, zastanawiając się, kto zostanie, kto nie. Szkoleniowcy udają, że przygotowują treningi, zawodnicy udają, że trenują, a zmarnowane tygodnie lecą.</p>
<p>Nie mam wyjątkowych wymagań. Żądam tylko spełnienia obietnic. Lepiej podpisać umowę na gorszych warunkach niż na takich, których nie można zrealizować. Nie mam ochoty robić z siebie idioty i przyjmować pracy, z której wylecę po dwóch miesiącach, bo działacze uznają, że nic się nie poprawiło. Cudotwórcą nie jestem, a tylko cudotwórca zmienia zespół samym pojawieniem się na sali treningowej.</p>
<p><em>20.03.2000. Rozmowa z Hubertem Wagnerem, trenerem polskich siatkarzy, mistrzów olimpijskich z igrzysk w Montrealu. (Gazeta Wyborcza, Artykuł archiwalny; Kraj)</em></p>
<p>Foto poniżej: Hubert Wagner czwarty z prawej, pierwszy – Mirosław Rybaczewski, piąty – Ryszard Bosek, trzeci – Włodzimierz Stefański (chyba&#8230;). Pierwszy z lewej Edward Skorek, czwarty – Tomasz Wójtowicz. Chętnie rozszyfruję pozostałych&#8230; Foto zaczerpnięte z zenon-greinert.blogspot.com. </p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/06/wagner_i_siatkarze.jpg' title='wagner_i_siatkarze.jpg'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/06/wagner_i_siatkarze.jpg' alt='wagner_i_siatkarze.jpg' /></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/we-need-new-wagner/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Cyklistyka cykliczna</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/cyklistyka-cykliczna/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/cyklistyka-cykliczna/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Jun 2009 22:52:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[Głos Zielonki]]></category>
		<category><![CDATA[Szlaki dojazdowe]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/cyklistyka-cykliczna/</guid>
		<description><![CDATA[Poprzednim razem starałem się namówić P.T. Czytelników do przełamania niechęci do miejskiej komunikacji. Zalecałem nawet długodystansowe marsze w celu osiągnięcia jak najkrótszego czasu dotarcia do centrum W-wy. Teraz chciałbym – na własnym przykładzie – przyjrzeć innej możliwości dojazdu do pracy w stolicy.

Mimo zaskakująco pozytywnych efektów, jakie przyniosła przesiadka z samochodu do pociągu i autobusów, dalej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Poprzednim razem starałem się namówić P.T. Czytelników do przełamania niechęci do miejskiej komunikacji. Zalecałem nawet długodystansowe marsze w celu osiągnięcia jak najkrótszego czasu dotarcia do centrum W-wy. Teraz chciałbym – na własnym przykładzie – przyjrzeć innej możliwości dojazdu do pracy w stolicy.<br />
<span id="more-12"></span><br />
Mimo zaskakująco pozytywnych efektów, jakie przyniosła przesiadka z samochodu do pociągu i autobusów, dalej szukałem innej, alternatywnej drogi. Tak naprawdę, chodziło mi też o to, aby zwiększyć aktywność fizyczną – właśnie wykorzystując do tego celu dojazd do pracy. Zacząłem przyglądać się rowerzystom i ścieżkom rowerowym. Coraz więcej osób korzysta z tego środka lokomocji w mieście, ścieżki – choć rzadko i kiepske, o tym później – jednak istnieją. Pozostał problem odległości. </p>
<p>Oszacowałem, że muszę zmierzyć się z ok. piętnastokilometrowym przejazdem. Nie jeździłem rowerem od lat – stary Romet wisiał pod sufitem w garażu, wyciągany „od wielkiego dzwonu” na krótkie rekreacyjne przejażdżki. Odległość wydawała się spora. Co prawda, razem ze mną w firmie pracuje dwóch zapaleńców rowerzystów, którzy na wieść o tym, że zamierzam podjąć taką próbę, sypnęli garścią porad. I tak:</p>
<p>• Rower jest ważny. Musisz dobrać go do własnych możliwości, zastosowania i … funduszy. Jeśli jedynym celem jest dojazd do pracy – odradzam rowery typu cross country. Oczywiście, grube bieżnikowane opony wyglądają zawodowo, ale są zdecydowanie niewygodne na ścieżce czy asfalcie. Klasyczny „trekking” absolutnie wystarczy. Ja zdecydowałem się na niemieckiego <em>Herculesa</em> – nie ze względu na germańską solidność, tylko z powodu bardzo korzystnych warunków zakupu w zaprzyjaźnionym sklepie rowerowym. Dodam jeszcze, że w takich sprawach jak rodzaj przerzutki (w piaście czy zwykła), amortyzatory itp. powinien decydować budżet. W moim rowerze mam zwykłe przerzutki Shimano (nie w piaście) i łańcuch spadł mi dwa razy – z tego raz na maratonie rowerowym MTB podczas przejazdu przez spore wertepy. A przedni olejowy amortyzator bardzo sobie cenię podczas przejazdu przez krawężniki.</p>
<p>• Nie ma możliwości, aby zakupiony rower od razu Ci pasował. To nie samochód – regulacja kierownicy czy siodła (nie mówiąc o doborze ramy) wymaga ręki fachowca. Mówimy tu oczywiście o laikach rowerowych, kupujących swoje pierwsze porządne dwa kółka…</p>
<p>• Błotniki i sakwy. Jeśli dojeżdżasz do pracy, te dwie rzeczy są Ci praktycznie niezbędne. Po pierwsze, nie każdy ma możliwość zmieszczenia się w malutkim plecaczku (chyba że podróżuje do pracy jedynie z kartą do bankomatu i prawem jazdy <img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':-)' class='wp-smiley' /> . Ja akurat jeżdżę bez sakw i plecak z laptopem, pendrive&#8217;y, zapasowe skarpety itp. jest uciążliwym bagażem. Sakwy mam w planach – z powodów budżetowych. Błotniki natomiast zapewniają „pewien poziom godności” przy przejazdach przez nasze, wciąż nierówne i pełne kałuż, drogi i ulice.  </p>
<p>• Kask, ubranie, okulary. Tu miałem największe wątpliwości. Po pierwsze, do kasku przekonałem się dopiero wtedy, gdy dobrano mi odpowiednio rozmiar oraz zaprezentowano widowiskowy szew na czole od drobnego upadku na krawężnik – bez kasku właśnie. Oczywiście, wygląd człowieka w kasku przekracza granice śmieszności – ale jeśli pokonasz opór przed włożeniem na siebie po raz pierwszy rowerowych spodni z pampersem (i wyjściem w nich z domu – a nawet tylko z garderoby&#8230;), to kask nie robi ci już różnicy. Aha, dwie uwagi do kasku: po pierwsze, na kasku nie oszczędzamy – z przyczyn oczywistych, po drugie – pierwszy upadek w kasku to koniec jego żywota. Bez względu na jego niby-dobry stan. W sprawie spodni powiem tylko tyle – nie zważajcie na psychiczne depresje z tym związane, wygoda jazdy (szczególnie na wąskim i twardym siodełku) wynagradza to z nawiązką. Okulary rowerowe wydają się zbędnym bajerem, ale pierwsze zetknięcie się oka z jakimkolwiek owadem większym od komara przy prędkości 30 km/h powoduje ich natychmiastowy zakup. I jeszcze jedno – wbrew pozorom, wielu z nas ma problem z adaptacją wzroku do przebywania na słońcu. Rower niczym od niego nie chroni, a każdy lekarz przyzna, że obecnie przebywanie pod działaniem promieni słonecznych bez osłony oczu to kiepski pomysł.</p>
<p>• Dobrze jest mieć licznik prędkości/odległości. Praktycznie każdy pozwala na pomiar prędkości bieżącej, odległości przejechanej od ostatniego zerowania oraz od zakupu licznika, czasem prędkości średniej, a także realnego czasu przejazdu. Mnie pomogło to w wyborze najkrótszej (a potem najwygodniejszej) drogi dojazdu.</p>
<p>Dobrze, mamy więc sprzęt. Zadanie brzmi: jak przejechać na Nowe Miasto z centrum Zielonki? Ja wypracowałem sobe następującą trasę (16 km, 45 minut): Kolejowa – Fabryczna (uwaga: brak pobocza aż do chodników zaczynających się przy stacji Orlen utrudnia jazdę) – Osowska do muru szpitala w Drewnicy (fatalna nawierzchnia, najgorszy odcinek jazdy) – dojazd do Centrum M1 (świetny asfalt) – dojazd do ścieżki leśnej na krawędzi Lasku Bródnowskiego (wjazd na tyłach Leroy Merlin, obok ogródków działkowych) – wyjazd na Głębocką (ścieżka rowerowa, kostka) – Ratusz Targówek, wjazd w Wincentego (tylko chodnik) – Wincentego wzdłuż muru Cmentarza Bródnowskiego (tylko po krzywym chodniku, ciągły korek na Wincentego uniemożliwia bezpieczną jazdę po ulicy) – rondo Żaba i przejazd pod wiaduktem kolejowym – przedłużeniem Szwedzkiej do mostu Gdańskiego (od Namysłowskiej świetna ścieżka rowerowa, na rondzie Starzyńskiego utrudniony przejazd z racji pieszych notorycznie chodzącym lub stojących na tej ścieżce) – dolnym poziomem Mostu Gdańskiego na drugą stronę Wisły, na ścieżkę wzdłuż Wisłostrady – Sanguszki w górę do Wójtowskiej – wjazd w Freta (kostka, ale sporą część tej ulicy można pokonać chodnikiem – spacerowiczów na Nowym Mieście w godzinach porannych nie ma zbyt wielu) – Długa. Jesteśmy na miejscu. Spoceni, ale szczęśliwi. Stawiam dolary przeciw orzechom, że w przeciętny dzień w środku tygodnia rowerzysta startujący o 7.30 z Zielonki wyprzedzi samochód. Tak, przyznaję, musi być odpowiednia pogoda, musimy mieć możliwość wzięcia prysznica i przebrania się przed pracą. Warto jednak spokojnie rozważyć taką możliwość. </p>
<p>A teraz bonus – dla prawdziwych sprinterów i ludzi o żelaznych płucach. Jak najszybciej dojechać z Zielonki do centrum Warszawy? Dojechać w minutę do stacji kolejowej, wstawić rower (od maja za darmo) do przedziału dla podróżnych z dużym bagażem (są tam naprawdę skuteczne haki rowerowe), wysiąść na dworcu W-wa Wileńska i w ciągu niecałych 10 minut po szerokim chodniku wzdłuż mostu Śląsko-Dąbrowskiego dojechać na Starówkę. Schody ruchome na trasie W-Z mają windę dla leniwych, z której korzystanie w celu przewiezenia roweru jest od pewnego czasu dozwolone. Całość przejazdu (przy dobrym planowaniu) to pół godziny.</p>
<p>A dlaczego wymagane są żelazne płuca? Bo mimo zakazu palenia w pociągu, przedziały bagażowe to mekka wielbicieli piwa i papierosa. Czasem, szczególnie w godzinach popołudniowych, zbyt głośno i zbyt swobodnie okazywana radość z zakończenia dnia pracy objawia się niewybrednymi komentarzami dotyczącymi wyglądu cyklisty. Komentarze da się znieść – smrodu nie. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/cyklistyka-cykliczna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Forsowanie Wisły</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/forsowanie-wisly/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/forsowanie-wisly/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Jun 2009 22:46:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[Głos Zielonki]]></category>
		<category><![CDATA[Szlaki dojazdowe]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/forsowanie-wisly/</guid>
		<description><![CDATA[Ilu z nas co rano otwiera oczy, witając dzień myślą: „znowu w tych korkach…”? Jeszcze rok temu, każdego poranka czyniłem specjalne przygotowania do zwyczajowego półtoragodzinnego survivalu na Trasie Toruńskiej. Jak wielu z nas, przeszedłem przez wszystkie etapy rozwoju zgorzknienia kierowcy: wypatrywanie i wymyślanie nowych, luźniejszych tras, podchodzenie ze udawanym stoickim spokojem do stałych miejsc zatorów, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ilu z nas co rano otwiera oczy, witając dzień myślą: „znowu w tych korkach…”? Jeszcze rok temu, każdego poranka czyniłem specjalne przygotowania do zwyczajowego półtoragodzinnego survivalu na Trasie Toruńskiej. Jak wielu z nas, przeszedłem przez wszystkie etapy rozwoju zgorzknienia kierowcy: wypatrywanie i wymyślanie nowych, luźniejszych tras, podchodzenie ze udawanym stoickim spokojem do stałych miejsc zatorów, włączanie radia „za kwadrans pełna godzina”, by wysłuchać drogowego raportu, w końcu – lekturę porannej prasy na kierownicy stojącego na Wisłostradzie samochodu&#8230; </p>
<p>W czerwcu powiedziałem: „dość”.<br />
<span id="more-11"></span><br />
Dobrze, przyznam się – tak naprawdę „dość” powiedział mój kręgosłup, wyłączając mnie z pracy zawodowej pod koniec wakacji na ponad tydzień. Diagnoza była prosta: zły tryb życia. Trzy godziny za kierownicą, dziewięć do dwunastu – w pracy, od roku –zero sportu, niepoprawne noszenie torby&#8230; Motywacja do szukania alternatywy dojazdowej – i alternatywy dla życia w ogóle – była ogromna. Co robić?</p>
<p>Najpierw wysondowałem kolej. Cel: dojechać na Stare Miasto (ul. Długa). Zmierzyłem czas przejazdu. Startując we wrześniu (przed zamknięciem mostu Śląsko-Dąbrowskiego) z ul. Sienkiewicza w Zielonce, harmonogram dojazdu przedstawiał się następująco: godz. 7.50 – wyjście, 7.55 – pociąg do W-wy Wileńskiej, 8.10 – tramwaj do trasy W-Z, 8.20 – krótki spacer Podwalem, 8.30 – w pracy. Całość 40 minut. </p>
<p>Samochodem realnie nie do osiągnięcia. Komfort przejazdu – nienajgorszy (w latach osiemdziesiątych dojeżdżałem do liceum w znacznie gorszych warunkach). Można go jeszcze podnieść przez zakup niezłych słuchawek do ipoda (czy tam kto czego używa&#8230;) lub wściubiając nos w książkę czy gazetę. </p>
<p>Czasem – trzeba przyznać – tramwaj ruszający w stronę pl. Bankowego potrafił wbijać się w Al. Solidarności tylko dzięki współpracy kierujących ruchem pracowników ZTM, co wydłużało o ok. 5 minut całą podróż. Można było tego jednak uniknąć, fundując sobie „rozruchowy” spacerek do ZOO i wsiadając na następnym przystanku – co z upodobaniem robiłem.</p>
<p>Niestety, „dar Ziemi Śląsko-Dąbrowskiej dla Warszawy” miał być wkrótce zamknięty. Plotki głosiły, że całkowicie, włącznie z ruchem pieszych. Tak się jednak nie stało i pierwszego dnia remontu ruszyłem wprost z Dworca Wileńskiego na całkowicie pieszy rekonesans. „Dało radę”.</p>
<p>Oczywiście, pieszy spacer przez most, w strugach zacinającego deszczu i w rynnie ze świszczącym wiatrem wzdłuż koryta Wisły, nie był przyjemny. Porządna amerykańska parka z podbiciem i głębokim kapturem rozwiązała sprawę. Dla ciekawych: most Ś-D ma 625 kroków, licząc nad lustrem Wisły. Moich kroków oczywiście.</p>
<p>Co ciekawe, czas dotarcia do pracy wydłużył się niewiele. Startując jak poprzednio, o 8.10 z dworca, cały marsz na ul. Długą trwał 30 minut, czyli dotarcie do pracy – minut 50. Można to traktować jako średnią, ponieważ jedynym niepewnym czynnikiem są dojazdy koleją, która jeździ jednak dużo stabilniej niż przed laty. Dość powiedzieć, że pomiędzy wrześniem ubiegłego roku a kwietniem tegoż, pociąg zawiódł mnie trzykrotnie. Dwa razy nie wiedzieć czemu zakończył bieg na wysokości Zakładów Przemysłu Tłuszczowego na Targówku (co zafundowało pasażerom kilkunastominutowy spacer do najbliższego przystanku autobusu), a raz odmówił współpracy całkowicie (po pół godzinie poszła na peronie wieść o wypadku na przejeździe w Kobyłce, udałem się więc jak niepyszny po wzgardzony samochód).</p>
<p>Zapewniam więc wszystkich niedowiarków – warto się przełamać i zmienić bezmyślne wpatrywanie się w rząd samochodów przed nami na parę kroków spaceru i kilkanaście minut w pociągu czy tramwaju. Istnieje jeszcze argument ekonomiczny – kwartalny koszt karty miejskiej wystarcza na dwa tankowania przeciętnego samochodu, czyli w najlepszym razie do pokonania ok. 1000 km jazdy miejskiej. Licząc sam koszt benzyny, przy dystansie 60 km codziennego dojazdu do pracy, paliwo starczy nam na ok. 17 dni roboczych – czyli niecały miesiąc.  O kosztach stresu i poświęconym czasie nie wspominając.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/26/forsowanie-wisly/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>5 krojów pisma, przez które „przeszedłem” jak przez grypę</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/5-krojow-pisma-przez-ktore-przeszedlem-jak-przez-grype/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/5-krojow-pisma-przez-ktore-przeszedlem-jak-przez-grype/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Jun 2009 20:48:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[pismo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/?p=10</guid>
		<description><![CDATA[Mowa tu o krojach, które na kilka tygodni-miesięcy wchodziły mi same pod palce przy różnych rzeczach. Stąd właśnie – jak przez grypę.
1. ITC Franklin Gothic (szczególnie Condensed i Compressed). To chyba pierwszy, który świadomie mi się podobał. Ciężki i pakowny zarazem. Rozpoznawalny (podkreślona jedynka, wyszukane „g”). Korzystałem (i wciąż korzystam) z edycji URW. Teraz z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mowa tu o krojach, które na kilka tygodni-miesięcy wchodziły mi same pod palce przy różnych rzeczach. Stąd właśnie – jak przez grypę.</p>
<p>1. <strong>ITC Franklin Gothic</strong> (szczególnie Condensed i Compressed). To chyba pierwszy, który świadomie mi się podobał. Ciężki i pakowny zarazem. Rozpoznawalny (podkreślona jedynka, wyszukane „g”). Korzystałem (i wciąż korzystam) z edycji URW. Teraz z pewnością przebrzmiały, ale za to nabrał szlachetności i stylu. Sporo tu pomógł (w opatrzeniu się) jeden z restylingów „Gazety Wyborczej”.</p>
<p><img src="http://origin.myfonts.com/s/aw/original/15/0/7869.png" alt="" /></p>
<p>2. <strong>Futura</strong>. Co tu pisać… Nie wiem, czy mam większą zabawę niż budowanie sobie tytułów z cienkiej wersalikowej Futury. Ta choroba – trochę jak ślady po trądziku – trwa nadal. Vide „Film Art and Tourism” czy choćby nasz foksrabitowy logotyp. Naprawdę, próbowaliśmy Klaviki, DIN-a i wielu innych. Futura mruknęła od razu: „pobawiłeś się już? To świetnie. A teraz na duże bramki”. Lepiej się nie dało (znaczy nie umiałem).</p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/futura-filmart.jpg' title='futura-filmart.jpg'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/futura-filmart.jpg' alt='futura-filmart.jpg' /></a></p>
<p>3. <strong>DIN</strong>. Nadszedł z koniecznością poprawienia kodowania przy pierwszym katalogu festiwalu <em>Era Nowe Horyzonty</em>. Raził piorunem. Wszystko pasowało, wszystko się łączyło, wszystko było takie „cool”. A po roku-dwóch DIN zaczął się wysypywać z każdego kąta – ulotki, foldery, logotypy&#8230; Przeszło jak ręką odjął.</p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/ss_ring_01-2006.jpg' title='ss_ring_01-2006.jpg'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/ss_ring_01-2006.jpg' alt='ss_ring_01-2006.jpg' /></a></p>
<p>4. <strong>Dispatch</strong> Cyrusa Highsmitha. To już nie była grypa, to było zapalenie opon mózgowych. Musiałem pokonać opory Font Bureau, aby do dziwnego kraju pt. Polska mi ten krój sprzedali. Stworzenia tej (chyba&#8230;) egipcjanki (ale jak nowoczesnej&#8230;) strasznie Highsmithowi zazdroszczę. Krój–koń roboczy przy magazynach sportowo-hobbystycznych.</p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/kif_okladka-2007-02-okladka.jpg' title='kif_okladka-2007-02-okladka.jpg'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/kif_okladka-2007-02-okladka.jpg' alt='kif_okladka-2007-02-okladka.jpg' /></a></p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/kif-2007-01-alkohol.jpg' title='kif-2007-01-alkohol.jpg'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/07/kif-2007-01-alkohol.jpg' alt='kif-2007-01-alkohol.jpg' /></a></p>
<p>5. <strong>Leitura</strong> (szczególnie <strong>Headline Serif</strong>) Dino Dos Santosa. To ostatnia miłość. Twardy, dynamiczny, informacyjny, nowoczesny, silny. Jak zarobię milion dolarów, <em>Leitura Type System</em> będzie pierwszym z zakupów.</p>
<p><img src="http://origin.myfonts.com/114/fs/u/b2/e37274f514f86324b040ec2f49e9e4.gif" alt="" /><br />
<img src="http://origin.myfonts.com/114/fs/u/43/88d9018974d6f26696042b4d02e052.gif" alt="" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/5-krojow-pisma-przez-ktore-przeszedlem-jak-przez-grype/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Berlin. Eine kleine Note</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/berlin-eine-kleine-note/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/berlin-eine-kleine-note/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Jun 2009 15:10:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[Berlin]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/?p=9</guid>
		<description><![CDATA[Popołudnie w Berlinie. Kawa i bagietka z salami na dworcu. Ostbahnhof, Hauptbahnhof – oba dworce piękne. Metal. Szkło. Ruchome schody na każdym kroku. Rozświetlone witryny. Każda z pięknym logo, wiele nieznanych. Rozkład jazdy Deutsche Bahn wydany wspaniale, tabele i czytelne, i tchnące nowoczesnością projektu. 
System identyfikacji na dworcu – miód. Idealny, poprawiany ręcznie kerning w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Popołudnie w Berlinie. Kawa i bagietka z salami na dworcu. Ostbahnhof, Hauptbahnhof – oba dworce piękne. Metal. Szkło. Ruchome schody na każdym kroku. Rozświetlone witryny. Każda z pięknym logo, wiele nieznanych. Rozkład jazdy Deutsche Bahn wydany wspaniale, tabele i czytelne, i tchnące nowoczesnością projektu. </p>
<p>System identyfikacji na dworcu – miód. Idealny, poprawiany ręcznie kerning w cyferkach i znakach opisujących sektory czy perony. Bilet całodniowy 6,10 euro, dojechać możesz wszędzie, U-bahn i S-Bahn jeżdżą wg rozkładu wywieszonego na każdej stacji (i „wg rozkładu” nie jest tylko opisem bez pokrycia).</p>
<p>Bundestag i Reichstag. Masa młodych ludzi na trawnikach (Grillen verboten), Bundestag niski, szklany, stalowy, Reichstag z nałożonym Fosterowskim hełmem. Obok park i Under den Linden. Widok na Bramę Brandenburską, co prawda żaden z Pancernych na niej nie stoi. Autokary za to stoją jak stały 18 lat temu, tylko nikt nie ładuje do nich piwa i czekolady.</p>
<p>Knajpka na Kreuzbergu, wspaniałe piwo i zwykłe udko kurczaka z makaronem, a jako luksusowy wtręt – sałatka z rukoli. 10 euro. Drożej niż w Kompanii Piwnej, czy w Sfinksie, taniej niż na Starówce.</p>
<p>Boisko sportowe. Municypalne, każdy może wejść. Na boisku kilkunastu chłopców – wszyscy z twarzy i budowy podobni do Yildiraya Basturka niż do Lukasa Podolskiego. Niezbyt zorganizowani, trzy piłki, dwie bramki, strzelają na zmianę karne („Podolscy” siedzieli pewnie przy playstation). Biedy chyba nie ma – większość ma porządne sportowe (czasem złote) Nike&#8217;i i Reeboki. Wciąż Kreuzberg – więc brak śladów bytności białego człowieka. Śniadzi, czarni, brązowi&#8230; </p>
<p>Na środku największej hali dworca Hauptbahnhof – ogromny wiszący kilkumetrowy plakat z grafiką Sarneckiego (Gary Cooper&#8217;s Solidarność) oraz tekstem, którego ja, chromy w języku naszych sąsiadów, rozszyfrować nie umiem. Nie wiem, czemu na Pałacu Kultury tego nie można było wywiesić.</p>
<p>Brak zabudowy wyższej niż 5-6 pięter. Nic nie wystaje ponad linię sąsiednich budynków, wyjątek to wieża telewizyjna i wieżowiec z logo Allianz. Każdy budynek wyróżnia się stylem, nie wysokością – inne okna, przechylona płyta czołowa, piękne grube rolety w oknach, kolor fasady, stylizacja na loft itd. itp. Nie rozumiałem, o czym mówią architekci, gdy przekonywali o wpasowaniu się nowo projektowanych budynków w okolicę, dopóki nie zobaczyłem – i zrozumiałem – Berlina.</p>
<p>Muzeum Żydowskie zachwycające. Rozmachem, wizją Daniela Libeskinda, multimediami, miejscem, superprzemyślaną koncepcją graficzną wystaw i&#8230; ceną wejściówki. 5 euro. Co ciekawe, z zewnątrz bryła nie jest przytłaczająca, jednak budowa w oparciu o „trzy osie” zwiedzania przynosi zaskoczenie – muzeum jest bardzo duże. Dla porównania: wydaje się, że budynek naszego Muzeum Powstania Warszawskiego jest zdecydowanie większy. Jednak czas zwiedzania jest nieporównywalnie krótszy. Nie wiem, z czego to wynika, organizacja samych ekspozycji w berlińskim muzeum nie przytłacza ani ciasnotą, ani wystawnością miejsca. Jest&#8230; normalnie. To musi sprawiać kompozycja budynku. </p>
<p>I tylko pewien drobiazg&#8230; „Daniel Libeskind was born in Poland in 1946, then he and his parents emmigrated in 1957”. Takich śladów w muzeum jest więcej. „Born in Lodz”, „Born in Plonsk”, „Born in Stanislawow”&#8230; </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/berlin-eine-kleine-note/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Neil – rust never sleeps, niestety&#8230;</title>
		<link>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/neil-%e2%80%93-rust-never-sleeps-niestety/</link>
		<comments>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/neil-%e2%80%93-rust-never-sleeps-niestety/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Jun 2009 15:06:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Tomasz Kuc</dc:creator>
				<category><![CDATA[Berlin]]></category>
		<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Neil Young]]></category>
		<category><![CDATA[koncerty]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/?p=8</guid>
		<description><![CDATA[Ile można mieć spełnionych marzeń? Wg Paulo Coelho zapewne wszystkie. Choć nie jestem ani czytelnikiem, ani wyznawcą portugalskiego pisarza – mnie też się jedno spełnić udało.
Widziałem na żywo Neila Younga.

Akapit krótki, bo i nie powinno się nic dopisywać. Reszta jest w tytule. Dodam tylko kilka tytułów, z dopiskami na gorąco.
„All Along the Watchtower” (jako pierwszy. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ile można mieć spełnionych marzeń? Wg Paulo Coelho zapewne wszystkie. Choć nie jestem ani czytelnikiem, ani wyznawcą portugalskiego pisarza – mnie też się jedno spełnić udało.</p>
<p><strong>Widziałem na żywo Neila Younga.</strong><br />
<span id="more-8"></span><br />
Akapit krótki, bo i nie powinno się nic dopisywać. Reszta jest w tytule. Dodam tylko kilka tytułów, z dopiskami na gorąco.</p>
<p><em>„All Along the Watchtower” </em>(jako pierwszy. Ogłuszył od razu halę) </p>
<p><em>„A Day in the Life”</em> (szokująco dobrany cover. Wiadomo kogo. Wykonany tak elektrycznie, jak to tylko on potrafi).</p>
<p><object width="340" height="285"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/HQz3c3G9l_k&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/HQz3c3G9l_k&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="340" height="285"></embed></object></p>
<p><em>„Down by the River”</em> (&#8230;<em> I shot my baby</em>&#8230; strasznie się darłem, nie przystoi w tym wieku. co do wersji – ośmiominutówka – oj, niewielu już zostało, co tak poloneza wodzą&#8230;)</p>
<p><object width="340" height="285"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/uON-rht93GM&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/uON-rht93GM&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="340" height="285"></embed></object></p>
<p><em>„Needle and the Damage Done”</em> (bodaj jedyny solo z gitarą akustyczną. Głos – mimo tytułu tej notki – wciąż bez zmian)</p>
<p><object width="340" height="285"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/pORaItrYFjo&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/pORaItrYFjo&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="340" height="285"></embed></object></p>
<p><em>„Heart of Gold”</em> (słów brak)</p>
<p><object width="340" height="285"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Df7LIC3GFAk&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/Df7LIC3GFAk&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="340" height="285"></embed></object></p>
<p><em>„Pocahontas”</em> (zaśpiewałem w całości. Poza „Aurora borealis…”, bo do tej pory nie wiem, jak się to wymawia)</p>
<p><object width="340" height="285"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/hjNKx83ya6Y&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/hjNKx83ya6Y&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="340" height="285"></embed></object></p>
<p><em>„Tonight&#8217;s the Night”, „Cinnamon Girl”, „Cortez the Killer”</em> (czasem miało się wrażenie, że o ile Neil żyje tym koncertem – może nawet za bardzo – to pozostała część ekipy – niespecjalnie. Wyłączam z tego perkusistę, ten używał instrumentu z finezją Zwierzaka z Muppetów. Ładne pianinko Neila w „Tonight&#8217;s&#8230;”)</p>
<p><object width="340" height="285"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/te7HqpXFV7E&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/te7HqpXFV7E&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="340" height="285"></embed></object></p>
<p><object width="340" height="285"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/ke5Zxxk6NMA&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1"></param><param name="allowFullScreen" value="true"></param><param name="allowscriptaccess" value="always"></param><embed src="http://www.youtube.com/v/ke5Zxxk6NMA&#038;hl=pl&#038;fs=1&#038;rel=0&#038;color1=0x2b405b&#038;color2=0x6b8ab6&#038;border=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="340" height="285"></embed></object></p>
<p><em>„Hey, Hey, My, My (Into the Black)”</em> (bis. Jedyny. Nie ukrywam, że jakiś taki wymuszony. Mówię o wykonaniu. Trudno mówić o bisach podczas koncertu z niemiecką widownią. Zespół skończył, zszedł ze sceny, nie zapalili światła – bijemy brawko. Zespół wychodzi. Gra jeden numer. Kłania się. Publiczność brawko. Wychodzi pierwszy techniczny, zapalają pierwsze światło, widownia wychodzi oglądając reklamy innych imprez i kart kredytowych na panelach LCD dookoła sali. Ja, Ja, fantastich, Ich liebe Neil, gute speise, Deutsche Bahn und Berliner Kindl bier&#8230; Chyba odwykłem od takiej publiki. OK, ja też nie jestem wylewny, ale przyjęcie takich choćby Cure na Torwarze było zupełnie inne. Czyżby te długie bisy, czasem podwójne – patrz choćby U2 czy Manu Chao – to specyfika nas jako publiczności?)</p>
<p>PS. A skąd tytuł? Wygląd i zachowanie bohatera wieczoru wskazuje mi jednak, że – na chłodno rzecz biorąc – rdza się jednak go chwyta.</p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/06/neil2.jpg' title='neil2.jpg'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/06/neil2.jpg' alt='neil2.jpg' /></a></p>
<p><a href='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/06/neil_im_berlin.jpg' title='neil_im_berlin.jpg'><img src='http://typotygiel.teka.home.pl/typotygiel/wp-content/uploads/2009/06/neil_im_berlin.jpg' alt='neil_im_berlin.jpg' /></a></p>
<p><em>Neil Young, Berlin, O2 World Arena, 16 czerwca 2009</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://typotygiel.pl/index.php/2009/06/25/neil-%e2%80%93-rust-never-sleeps-niestety/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

