Wpisy z kategorii ‘Muzyka’
Archive! Again…

Wiadomość o koncercie Archive przyjęłam w szaleńczym podskoku, gdyż poprzedni ich koncert, na którym byłam trzy lata temu spowodował u mnie ogromny, pozytywny szok, a bootleg z tego koncertu jest chyba u mnie najczęściej graną płytą zespołu. Bilet czekał na swój dzień już od lipca i wyszło na to, że jednak nie jestem w gorącej wodzie kąpana (jak twierdzi spore grono moich znajomych), bo bilety na koncerty zarówno do Krakowa jak i do Warszawy skończyły się na kilka tygodni przed przybyciem Brytyjczyków do Polski! Ile to błagalnych próśb przewijało się na wszelakich portalach i forach muzycznych – tego chyba już nikt nie zliczy…
Mata
Nie można było mieszkać bez maty. Była wtedy towarzyszem każdego dzieciaka, jego własną kapliczką, wyznaniem wiary, nadziei i miłości równocześnie. Kawałek przeplecionej słomy z deszczułkami (bardziej wygodny – z przyczyn łatwiejszego obsadzania na nim skarbów – był typ maty, wykonany z samej słomy, wbicie bowiem szpilki w deszczułkę było raczej niemożliwe. Dopiero pojawienie się wolnego rynku odwróciło zachwiane przez lata proporcje twardości – wreszcie deski zaczęły być bardziej miękkie od stali) wisiał zwykle nad łóżkiem, zazwyczaj w miejscu, gdzie strasznie utrudniał opieranie się o ścianę podczas wielogodzinnych medytacji ze słuchawkami na uszach.
Czytaj całość notki »
Neil – rust never sleeps, niestety…
Ile można mieć spełnionych marzeń? Wg Paulo Coelho zapewne wszystkie. Choć nie jestem ani czytelnikiem, ani wyznawcą portugalskiego pisarza – mnie też się jedno spełnić udało.
Widziałem na żywo Neila Younga.
Czytaj całość notki »
Rick Wright (1943-2008)
Wpadłem na YouTube, zacząłem oglądać… i zobaczyłem ten ich ostatni raz. Live8. Ostatni, bo następnego, z żadnej okazji, już nie będzie, bez tego mooga, tych vcs3, tych palców…
Wielu rzeczy żałuję w życiu, ale nie ujrzenie Pink Floyd kiedykolwiek na żywo to top tej listy… Te piosenki porażają czystością emocji – dziś tym bardziej. Kiedyś napisałem komuś (Aniu, pozdrowienia…), że to jest właśnie różnica miedzy perfekcyjnym Dream Theater wykonującym Comfortable Numb, a samym kanonicznym wykonaniem. Co z tego, że można, że potrafi się partie Gilmoura wykonać jednym palcem, że można dodać sto nut pomiędzy nimi – i to krystalicznie czystych – ale tylko z jego kanonicznego sola leją się łzy i słychać wycie samotności. Bo nie zwykłe dzwięki przecież…
A może to dlatego nam, mnie się tak wydaje, że teraz, w tym wieku, wiemy już, o czym oni pisali. Wiemy, co to tracić. Wiemy, co to pamietać bycie dzieckiem. Bezpowrotnie.
I wiemy, co to być wygodnie otępiałym.
Pink Floyd Revival, Live8, Lipiec ‘08.
Utopię waszą utopię…
Można. Po prostu można. Siedmiu ludzi. Potwór z siedmioma głowami. Hydra? To nie jest słowiański potwór. Raczej… zwierzoczłekoupiór. Zwierz koncertowy. Człek z sercem po właściwej stronie. Upiór prastary i bagienny.
I nie mów mi bzdur, że to nie dla mnie.
Nic nie przebije muzyki rockowej granej z pasją i wzajemnym szacunkiem. Z otwartym uchem na to, co kombinuje ten stojący obok na scenie. Nie możesz przejść obojętnie.
A co do tytułu… można rzucić okiem…
Lao Che w Palladium, 21 marca ‘09.