Alpy, Ischgl, Austria
Proponuję oderwać się od literek, klientów, rodziny i kraju nad Wisłą. Właśnie tak zrobiłem – rower do samochodu, właściwie cztery rowery i czterech rowerzystów. Kierunek Ischgl – Austria. Alpy.
Alpy – monumentalne, przytłaczające wielkością, a jednocześnie sprawiające wrażenie uczesanych, poukładanych. Nie ma mowy o jakiejkolwiek niespodziance. Dzikości tam nie znajdziesz, za to świstaków – na kopy!
Karnet na wyciąg i… jazda!!!
No cóż – w dół. W górę, na 3000 m n.p.m. jest średnio. Może kwestia przyzwyczajenia, ale uczucie żelaza w płucach po przejechaniu 20 metrów jest niepokojąco niesympatyczne. Tak, to się zmienia po trzech dniach, wtedy można podjeżdżać – nawet 20 km non stop. Tylko po co? Są wyciągi. W dół, ognia, szaleństwo w oczach, licznik pokazuje 74 km/h! Szybciej się da, ale tarcze i tak rozgrzane do czerwoności, czuć smażony metal. Okolice piekła. Lepiej niech wystygną…
A potem – gdzieś w dolinie – sjesta, wypoczyn. Gdzie jesteśmy? Chyba w Szwajcarii, nikt nie spojrzał na mapę. Zresztą co za różnica? Jest czternasta, mamy kupę czasu.
Nie? Nie druga? Oooo!
Piąta po południu?
Aaaa, to dlatego skóra szczypie od słońca, za długo się byczymy. Trzeba wracać…
A wieczorem: kolacja – mniam – Piotrek z Bartkiem, mistrzowie spaghetti. I jeszcze Weissbier. Bomba.
Kolejny dzień i jeszcze następny – góry, góry, góry. Gęby roześmiane od ucha do ucha, uchetani po pachy i szczęśliwi.
Na koniec targi Eurobike.
Rowery wytrzymały. My też. Ledwo. Któregoś dnia na pewno tu wrócimy. Tak sądzę. Bo wiadomo – literki, klienci, rodzina i kraj nad Wisłą…
Autorem wszystkich zdjęć jest Bartek Jurewicz (Vincere Bike Components)




fajne foty, zazdroszcze!
sieradz
6 paź 09 at 11:43