We need new Wagner…
Nie ma równych szans. I nigdy nie będzie. Zawsze przewagę będą mieli ci, którzy mają lepsze laboratoria, czyli więcej pieniędzy. Agencje antydopingowe wyrzucają miliony dolarów w błoto. Niczego nie uzdrowią, sport wyczynowy czynią tylko bardziej elitarnym. Wyszkolenie zawodnika kosztuje wielokrotnie mniej niż ukrycie faktu, że farmakologicznie zwiększa się możliwości organizmu.
(Hubert Wagner, 2000 r.)
—————————————-
Rafał Stec: Pamięta Pan pierwsze sekundy po zakończeniu finału olimpijskiego w Montrealu?
Hubert Wagner: To są chwile, w których zachowaniem rządzą odruchy. Gdzieś się podbiega, kogoś całuje… Pamiętam, jak mnie zaprowadzili na konferencję prasową. Nieżyjący już dziennikarz Lech Cergowski nalał stakana i powiedział: „A teraz możesz mieć ich wszystkich w dupie!”. To była pierwsza rzecz, o której z ręką na sercu mogę powiedzieć, że naprawdę się wydarzyła.
W kraju radość z tego sukcesu przyćmiła inne medale Polaków. „Dołożyliśmy” przecież ZSRR…
- Nie przeceniałbym tego. Kanadyjczycy uznali finał za najbardziej emocjonujące wydarzenie igrzysk tylko dlatego, że graliśmy siatkówkę najbardziej efektowną i żywiołową. Nie zdarzało się, żeby piłka spadła po naszej stronie i nikt się do niej nie ruszył. Nawet dzisiaj, mimo że ta dyscyplina zrobiła ogromny postęp, niewiele zespołów gra tak widowiskowo. Ale rzeczywiście, jakiś polityczny wydźwięk to miało. Im wyższą rangę miał funkcjonariusz, który nam towarzyszył, tym goręcej namawiał, żebyśmy „dokopali” Ruskim. Oczywiście namawiał po cichu. Dla mnie nie miało żadnego znaczenia, kto stał po drugiej stronie siatki.
Ma Pan kasetę z tego meczu? Wraca Pan do niego?
- Mam nagrane fragmenty, ale nie oglądam ich zbyt często. Wolę relaksować się przy „Kabarecie” z Lizą Minnelli.
Kiedy w 1973 roku mianowano Pana trenerem kadry, tzw. środowisko nie było zachwycone. Uważano Pana za zbyt konfliktowego, zarzucano ślepą wiarę we własną nieomylność, wypominano niewielkie doświadczenie trenerskie. Jak to się stało, że w ogóle został Pan selekcjonerem?
- Już w ostatnich latach kariery zawodniczej nie ukrywałem, że chcę prowadzić reprezentację. Kiedy po nieudanych igrzyskach w Monachium szukano kogoś z młodego pokolenia, nie było zbyt wielu kontrkandydatów, a wiedziano, że bardzo chcę objąć tę funkcję. Najpierw ostrożnie zaproponowano mi kadrę juniorów, później młodzieżówkę. Wreszcie wymyślono, żeby pomagał mi ktoś w rodzaju menedżera. Jednak postawiłem na swoim – będę pierwszym albo w ogóle – i udało się.
Wiem, że miałem sporo szczęścia, bo taki smarkacz w roli selekcjonera to było wtedy prawie nie do pomyślenia. Ale ja od najmłodszych lat udowadniałem, że potrafię kierować Iudźmi. Zawsze byłem szefem. Najpierw w klasie, później na parkiecie. W wieku 16 lat zostałem kapitanem drużyny, w której grali trzydziestolatkowie. W 1969 roku byłem kapitanem kadry, mimo że tyle samo czasu grałem, co spędzałem na ławce.
Wtedy pojawił się konflikt między Panem a Edwardem Skorkiem…
- Nigdy nie byłem wybitnym zawodnikiem, a ponieważ on był bezdyskusyjnie najlepszy, uważał, że funkcja kapitana należy mu się niejako z urzędu. Podobnego zdania był trener Tadeusz Szlagor. Zawodnicy jednak zaprotestowali i na kapitana wybrali mnie.
Mówił Pan wtedy, że już na igrzyskach w Meksyku Polacy mieli najlepszą drużynę w historii i powinni byli wywalczyć złoto, ale trener Szlagor był zbyt „dobry”, by wymagać ciężkiej pracy.
- Niestety, Tadek był człowiekiem o gołębim sercu. Mówię niestety, bo u trenera reprezentacji to wada. Tak to już jest – im jest się wybitniejszym siatkarzem, tym częściej głęboko tkwi pokusa, żeby się opieprzać. Ja, jako kapitan, sprzeciwiałem się wielu decyzjom trenera, co zresztą swoim zwyczajem głośno wyrażałem. Ale nikt mi nie zarzuci, że wprowadzałem zamęt do zespołu. Na treningach siedziałem cicho i wykonywałem wszystkie polecenia. Nawet jeśli uważałem je za niesłuszne. Bo zawsze wyznawałem zasadę, że jak ktoś mną dowodzi, a ja się na to zgodziłem, muszę przestrzegać narzuconych przez niego reguł.
Ale polemiki z trenerem kosztowały Pana wyjazd na igrzyska do Monachium…
- Nie pojechałem, choć byłem u szczytu możliwości. W wieku 31 lat miałem najlepszy sezon w karierze, i to nie była tylko moja ocena. Szlagor uznał jednak, że jestem kontrowersyjny i gdybym siedział na ławce, ta „kontrowersyjność” źle wpływałaby na zespół. Być może miał rację. Ale trener ma rację tylko wtedy, gdy wyniki jego drużyny osiągają przynajmniej pułap przyzwoitości. A Polacy zajęli w Monachium dopiero dziewiąte miejsce. Grali słabo, bez wyrazu i oglądając ich mecze, myślałem sobie, że może na ławce przydałby się ktoś kontrowersyjny… Sprzeciw po mojej nominacji miał podobne przyczyny – przyszedł jakiś gówniarz i wygłasza inne poglądy niż wszyscy.
Na pierwszym spotkaniu z reprezentantami powiedział Pan tak: „Możecie mówić, że jestem ostatnim draniem i najgłupszym trenerem na świecie. To mnie nie obchodzi. Ale musicie nie tylko dokładnie słuchać, co mówię, ale i święcie wierzyć, że mam rację. A komu się nie podobają moje zasady, niech pakuje manatki”. Jak zareagowali?
- Kiedy wygłosiłem swoje, spytałem, czy ktoś ma coś do powiedzenia. Zapadła cisza. Wszyscy myśleli, że wystąpi Edek Skorek, ale i on siedział cicho. Przyszedł dopiero po kilku dniach. Coś tam wybąkał, że właściwie nie ma nic przeciwko mnie, ale nie wszystko, co powiedziałem, mu się podoba. Powiedziałem jasno: „Wiesz, że mnie nie wyrzucą. Wiesz, jakie mam metody. Nie obchodzi mnie, co będziesz o mnie mówił, ale albo je przyjmujesz, albo wynocha”. Nigdy już nie miałem w drużynie tak uczciwego kapitana. Nie próbował mącić za moimi plecami. Do dziś mamy dla siebie szacunek, choć dzielą nas poglądy w niemal wszystkich dziedzinach. Dziennikarze robią sensację z tego, że podajemy sobie z Edkiem dłoń. Nie rozumieją, że dwóch ludzi potrafiło odłożyć na bok osobiste animozje, by osiągnąć wspólny cel.
Ja zawsze zaczynam pracę od przedstawienia zawodnikom mojej koncepcji demokracji. Możemy godzinami dyskutować – oczywiście nie z 35. zawodnikiem, ale z kapitanem czy jednym z najstarszych siatkarzy – o tym, co robimy i co powinniśmy robić. Ale demokracja kończy się w momencie, gdy zaczyna się trening lub mecz. Wtedy rację mam tylko ja. Po prostu nie wierzę w skuteczność innych – nazwijmy to – systemów określających relację trener – zawodnicy.
Od początku podkreślał Pan, że interesuje Pana tylko walka o medale. Skąd to przeświadczenie, że Polacy mogą najlepiej na świecie grać w siatkówkę?
- To nie stało się tak, że obudziłem się pewnego ranka i doznałem olśnienia. Potrafiłem wyciągać wnioski. Widziałem, że nawet w połowie nie wykorzystujemy potencjału tkwiącego w naszych siatkarzach. Nie chcę nikogo obrażać, ale błędne prowadzenie reprezentacji, które mogłem bezpośrednio obserwować, pozwoliło mi dojść do tego, jak robić to dobrze.
Już wcześniej, kiedy sam grałem w kadrze, ogrywaliśmy wszystkich, nawet światową czołówkę, tylko nigdy wtedy, kiedy było trzeba. Na najważniejszych imprezach dostawaliśmy lanie. O potencjale, jaki miał ten zespół, świadczył brązowy medal na ME w Stambule w 1967 roku.
Nie byłem jednak przekonany, że w 1974 roku zdobędziemy mistrzostwo świata. Pewny siebie byłem dopiero po powrocie z mistrzostw w Meksyku, kiedy zapowiadałem triumf na igrzyskach w Montrealu. Wypaliły moje metody, które na owe czasy były wręcz rewolucyjne. Podbudowało mnie to tym bardziej, że już sama gra w Meksyku, jego zabójczym klimacie, jest swoistym eksperymentem – to był najtrudniejszy turniej w historii, o niebo trudniejszy od olimpijskiego. Jedenaście meczów w morderczych warunkach mogło odebrać ochotę na uprawianie sportu. A miałem w drużynie kilku młodych zawodników. Jak dzisiaj słyszę, że siatkarze, którzy mają za sobą igrzyska i mistrzostwa kontynentu, muszą się jeszcze ogrywać, ogarnia mnie pusty śmiech. Pierwszą oficjalną imprezą międzynarodową Tomasza Wójtowicza i Mirosława Rybaczewskiego były mistrzostwa świata. Obaj mieli wtedy po 21 lat.
Przyzna Pan jednak, że niektóre pomysły mogły bulwersować. Wiesławowi Gawłowskiemu postawił Pan ultimatum – albo w ciągu kilku miesięcy zostanie najlepszym siatkarzem świata, albo straci miejsce w reprezentacji…
- Naprawdę to zrobiłem? Nie pamiętam, ale to bardzo prawdopodobne. Musiałem go zmobilizować. Wiadomo było, że na MŚ najlepszym rozgrywającym był Stanisław Gościniak. Powiedziałem mu otwarcie: „Rosjanie rozpoczną wielkie przygotowania, by dołożyć nam na igrzyskach. W szóstce, która ma ich pokonać, nie widzę ciebie, tylko Gawłowskiego, który jest bardziej wszechstronny, ma lepszy blok, atak, choć rozgrywa słabiej”. Jeśli chodzi o rozegranie, Staszek miał zwierzęcy instynkt, coś, z czym człowiek się rodzi, czego nie można wytrenować. Tym trudniejsze zadanie stało przed Gawłowskim. Ale bez tego o mistrzostwie nie miałem co marzyć. A mnie nie interesowało nic innego. No i po igrzyskach nazwanie Gawłowskiego najlepszym siatkarzem świata nie byłoby chyba wielkim nadużyciem.
Amerykanie, którzy napsuli Wam sporo krwi w Meksyku, przyznawali, że na samą myśl o pojedynku z Rosjanami drżą im kolana. Jak Pan przekonał polskich siatkarzy, że Rosjan można zwyciężyć?
- Musieliśmy przezwyciężyć kilka mitów. Pierwszym i największym była słaba psychika polskich siatkarzy, którą tłumaczono wszystkie porażki w czasach, gdy sam grałem w kadrze. A ja uważałem, że poza przypadkami choroby psychika jest wykładnikiem przygotowania, umiejętności, sposobu trenowania. Oczywiście są wyjątki. Znałem zawodnika, któremu na treningu nikt nie dorastał do pięt, a podczas meczów był najsłabszy na parkiecie. Taki po prostu nie może grać w reprezentacji. Natomiast tłumaczenie psychologią cyklicznych porażek uważam za absurd. I nie tylko ja. Przyjechał kiedyś do Polski amerykański trener koszykówki. Podczas jednego z wykładów padło pytanie, co on robi, kiedy ma zawodnika słabego psychicznie. Choć tłumaczy mieliśmy bardzo dobrych, nasz gość nie potrafił zrozumieć pytania. “Jak to, co robię – powiedział w końcu zdziwiony. – Biorę następnego”. Dla niego taki problem nie istniał. Przecież nikt nie zdobędzie Mount Everestu, jeśli ma lęk wysokości.
Drugim mitem, który musieliśmy zniszczyć, było przeświadczenie o potędze Rosjan. Mistrzem demagogii w straszeniu nimi był Zdzisław Ambroziak. Przed ważnymi zawodami powtarzał nieustannie, jacy oni wysocy, jacy silni, jacy skoczni. A sam był od nich wyższy i wyżej od nich skakał. Tylko serce miał zajęcze. Jak zobaczył Ruskich, to miał pełne portki ze strachu.
Mity, które nie mają podłoża w realiach, są trudne do obalenia, bo usprawiedliwiają niepowodzenia. Nie można wygrać, to po co tyle pracować? A bez pracy trudno coś osiągnąć. I koło się zamyka.
Do kadry powoływał Pan zawodników, którym nikt nie prorokował kariery nawet w lidze…
- Rybaczewski siedział w Olsztynie na ławce. Trener miał do mnie pretensje, że podważam jego kompetencje. A ja po prostu widziałem, że “Ryba” ma piekielnie silną rękę, a przede wszystkim charakter. Jest “walczakiem”, wszystko w życiu robi na całego. A w siatkówce takich charakterów nigdy za dużo. Wśród sportów zespołowych wyróżnia ją to, że ktoś musi wygrać decydującą piłkę. Granie na remis, jak np. w piłce nożnej, jest absurdalne, przeczy naturze tej dyscypliny.
Wiesława Czaję ktoś mi podpowiedział: że wielki byk, że skacze jak nikt. Grał wtedy w Częstochowie w trzeciej lidze. Po sześciu miesiącach kończył MŚ w pierwszej szóstce.
Ale właśnie sprawa Czai przysporzyła Panu kolejnych wrogów. Wyrzucać kogoś z kadry tylko dlatego, że nie chce zmienić klubu?
- To akurat było bardzo racjonalne posunięcie. Przygotowywaliśmy się do igrzysk, a druga liga, do której awansował częstochowski klub, stawiała zbyt małe wymagania olimpijczykowi. Poszedł do Hutnika Kraków, ale nie załatwili mu przeniesienia na AGH, więc nie chciał grać. – Jak długo jesteś w Krakowie? – pytam. “Sześć tygodni”. – Ile razy byłeś na uczelni, żeby coś załatwić? “Nie byłem”. – To nie ma o czym gadać, masz wyjść na boisko, bo cię zawieszę.
Nie wyszedł. I został zawieszony. A zanim zacząłem z nim rozmawiać, trzeba było wyprosić z szatni jego żonę, która wszystko musiała załatwiać za niego. I jak taki człowiek miał znieść trudy przygotowań i samej olimpiady?
Później straciliśmy Staszka Gościniaka. Po MŚ Amerykanie chcieli z niemal wszystkimi moimi siatkarzami podpisać zawodowe kontrakty. Obiecaliśmy sobie jednak, że do Montrealu zostajemy razem. Słowo dolar oddziaływało wówczas magicznie i Gościniak uległ jego urokowi. A ja nie mogłem pozwolić, by choć jeden zawodnik złamał umowę.
Strata tych dwóch siatkarzy musiała osłabić drużynę pod względem umiejętności, ale z drugiej strony scementowała ją. Ci faceci przekonali się, że przyjęte reguły są konsekwentnie przestrzegane, obowiązują wszystkich, nawet pozornie niezastąpionych, jak Gościniak. Nie twierdzę, że te reguły były idealne. Miały plusy i minusy. Problem polegał na tym, żeby plusów było więcej.
Mówiło się, że dyscyplina w Pana zespole graniczyła z ascezą, ale zawodnicy mogli wieczorem wyskoczyć na piwo…
- Wolałem, żeby wypili dwa piwa za moją wiedzą niż jedno bez niej. Dam przykład. Zgrupowanie w Zakopanem. Dwunasta w nocy. Przychodzą do mnie ludzie na skargę: “Pana zawodnicy piją piwo!”. Bosek, Skorek i Wójtowicz – odpowiadam. Wiem, bo im pozwoliłem. Był luz, ale kontrolowany. Dla dobra zespołu.
Natomiast o spóźnieniu się na trening nie było mowy. Śnieg czy nawałnica – to nie usprawiedliwienie. Oczywiście jeśli zasypie tory do Zakopanego, to na zgrupowanie nie przyjedzie połowa zespołu i nie ma sprawy. Ale jeśli jeden się spóźni, to znaczy, że popełnił błąd. Jeśli pozostałych szesnastu czeka tylko minutę, to w rzeczywistości tracimy szesnaście razy jedna minuta. A kiedy zacznę rozgrzewkę bez niego, inni pomyślą: “Po co mamy przychodzić na czas, skoro można dołączyć pięć minut później?”.
I kadrowicze nigdy nie wycięli Panu żadnego numeru?
- Oczywiście, że wycięli. Kiedy po raz drugi pracowałem z kadrą, pozwoliłem czterem chłopakom na wypad do knajpy. Ale dodałem: – Macie wrócić przed północą i nie przesadźcie z alkoholem. Gdy drugi trener sprawdził, jak zabawa się rozwija, dwóch wyglądało na lekko podchmielonych, trzeci trochę przegiął i miał mi się zameldować. Czwarty był w takim stanie, że nie mógł już tego zrobić. A że już wcześniej mi podpadł, poszedłem do lokalu i kazałem mu wynosić się z obozu. Dopiero niedawno zawodnicy opowiedzieli mi, że delikwent obudził się rano i opowiada podekscytowany: – Ale miałem sen. “Gruby” wyrzucił mnie z kadry. A oni na to: – Stary, to nie był sen. Lepiej pakuj się szybko, bo jak cię zobaczy, to ci nogi z d… powyrywa. Dodam, że z bohaterem tej historii dzisiaj jestem w doskonałej komitywie.
O morderczych treningach za Pana czasów krążą legendy. Czy właśnie przygotowanie fizyczne było kluczem do sukcesów?
- Dzisiaj można dyskutować, czy musieliśmy trenować dziesięć godzin dziennie, czy nie wystarczyłoby np. osiem. Nie wiem. Wtedy uważałem, że tak, i tak trenowaliśmy. Ale najważniejsze było wypracowanie w sobie maksymalnego zaangażowania w każdy gest na boisku. Bo żadnego zagrania nie można nauczyć się perfekcyjnie bez stuprocentowego zaangażowania. Nie pomoże nawet milion powtórzeń. Zagrywka to jest serce, głowa, dusza, a dopiero potem ręka. Kiedy siedzę obok boiska, wiem, jaki będzie serwis, zanim zawodnik podrzuci piłkę.
Pytają mnie dzisiaj, czym się różni polska siatkówka od czołówki. Krew mnie zalewa, kiedy kreowany na gwiazdę Marcin Prus zachęca widzów do dopingu, a powinien patrzeć głęboko w oczy rywalom, obserwować każde ich drgnienie, żeby możliwie najszybciej wiedzieć, jak ustawić blok. Rosjanie, Jugosłowianie nie pamiętają w takiej chwili o widowni. Widzą tylko to, co się dzieje po drugiej stronie siatki.
Jako mistrzowie świata nie mieliście problemów z mobilizacją?
- Po zdobyciu tytułu wszystkim może przewrócić się w głowie. Dlatego jeszcze zwiększyliśmy intensywność i czas treningu. Oczywiście niektórzy próbowali się wymigać od roboty. Ale jak się pojawiał konflikt, to szybko wybuchał i szybko się go rozwiązywało. Słyszałem o tych legendach, że zawodnicy bali się cokolwiek powiedzieć głośno, bo Wagner to kat, sk… Przeciwnie, mówiliśmy sobie wszystko prosto w oczy, nie było szeptania po kątach, które najskuteczniej niszczy drużynę. A jakbym ujawnił, co zawodnicy robili wtedy z moim przyzwoleniem, nikomu nie mieściłoby się w głowie, że po czymś takim można wygrywać na poważnych zawodach.
Zapowiadałem złoto w Montrealu, żeby zahartować chłopaków. Olimpiada pod względem wysiłku fizycznego nie jest takim wyzwaniem jak MŚ. Przeciwnicy są słabsi, bo kwalifikacje oparte są na kluczu kontynentalnym. Zawsze dwóch, trzech rywali można odpuścić. Ale igrzyska są wyjątkowo uciążliwe pod względem psychicznym. W wiosce olimpijskiej, w mieszkaniu o powierzchni 100 metrów, z jedną łazienką i piętrowymi łóżkami, kilkunastu osobom nie żyje się łatwo. Zwłaszcza takim drągalom jak siatkarze.
Podczas meczu z Japonią na MŚ wynoszono z loży mdlejących z emocji pracowników polskiej ambasady. Pan podczas finału olimpijskiego wyglądał na zdenerwowanego, parę razy machnął ręką po kontrowersyjnych decyzjach sędziów…
- Gorsze chwile przeżywałem podczas pojedynku z Kubą. Po trzech godzinach walki mecz wydaje się wygrany, a tu sędziom przyśniło się, że piłka poszła po bloku i euforia zamienia się w psychiczny dołek. Człowiek uświadamia sobie, że przez czyjś niezamierzony błąd cała jego praca może pójść na marne. Ale właśnie wtedy procentuje pot wylany na treningach. Oglądając końcówki tamtych meczów, łatwo uświadomić sobie różnicę, jaka dzieli obecnych reprezentantów od medali. Nam mogła drżeć dłoń na początku seta, ale nigdy nie zadrżała, kiedy emocje sięgały zenitu.
Ale jak zahamować nerwy w tie-breaku z zespołem, który wcześniej miażdżył rywali i nie stracił nawet seta, jak Rosjanie…
- Mówiłem, że piąty set, o ile do niego dojdzie, będzie formalnością! Rosjan zgubiła łatwość, z jaką wygrywali w całym turnieju. Kiedy prowadzi się 2:0, gra się na luzie, bo nawet nagłe załamanie nie przesądza sprawy. Przy stanie 2:2 każda piłka jest decydująca. My większość spotkań wygrywaliśmy po pięciu setach, dla Rosjan ta sytuacja była nowością, dlatego ręka zadrżała im.
Doprowadził Pan do sytuacji, w której nawet srebro zostałoby uznane za Pańską osobistą klęskę…
- Nie bałem się tego, bo naprawdę wierzyłem, że cel jest wykonalny. Zresztą nie miałem wyjścia – trud włożony w przygotowania, szaleńcze tempo, jakie narzuciłem chłopakom, wynagrodzić im mogło tylko złoto.
Największe sukcesy olimpijskie w grach zespołowych to złote medale siatkarzy i piłkarzy Kazimierza Górskiego. Dlaczego wszyscy pamiętają nazwiska Laty, Deyny czy Szarmacha, a złoto z Montrealu jest utożsamiane właściwie tylko z Wagnerem?
- To fenomen, którego nie rozumiem. Nigdy nie powiedziałem, że to ja wygrałem. A dowodów popularności nie brakuje. Osłupiałem, kiedy wracałem po siedmiu latach z zagranicy i rozpoznał mnie celnik. Ale najbardziej zaskoczony jestem, gdy rozpoznaje mnie policjant, który jest młodszy od złotego medalu w Montrealu. Nie od razu, ale kiedy widzi w dokumentach imię i nazwisko. “To naprawdę Pan?”.
Być może zasłużyli się ci wszyscy, którzy nas przez kilka lat opluwali, przed igrzyskami i po. Najwięcej dostało się mnie. “Będą poskręcani, nie będą chodzić” – mówili o “ofiarach” moich metod treningowych. Jak dotąd wszyscy czują się świetnie. W dziesiątą rocznicę olimpijskiego triumfu ograli pierwszą reprezentację Francji. Jeszcze dzisiaj Rysiek Bosek przyjmuje, a Edek Skorek zagrywa lepiej niż wielu ligowców. Kiedy dwa lata temu wystawiłem Adamowi Nowikowi krótką piłkę, rozdziawił gębę ze zdziwienia: “to Pan umie wystawiać?”. A wystawić krótką facetowi, który ma ponad dwa metry, to żadna sztuka. Kiedyś sztuką było wyłożyć piłkę komuś, kto miał metr osiemdziesiąt, i każdy centymetr niedokładności niweczył akcję.
Na ile uważa Pan złoto za swój sukces?
- Podział zasług oceniam na po 50 procent. Do sukcesu niezbędni są wybitni zawodnicy. Genialny szkoleniowiec, mając do dyspozycji przeciętniaków, może zająć czwarte miejsce zamiast ósmego. Ale nie zdobędzie mistrzostwa świata. Siebie mogę pochwalić za to, że przy tworzeniu drużyny pozbyłem się wszelkich uprzedzeń i unikałem schematycznego myślenia. Nie miałem żadnej idee fixe, np. że sukces przyniosą tylko wysocy, tylko doświadczeni albo młodzi. Znalazłem takich ludzi jak np. Czaja, któremu podrzucało się piłkę i walił jak z armaty. A inni robili za niego resztę. Nie musiał przyjmować, nie musiał bronić. Zresztą nie mógł, bo tego nie umiał. W zespół wkomponował się idealnie. Ale trzeba było odwagi, żeby postawić na takiego zawodnika.
Ile dostaliście za medal?
- Po 1,5 tys. dolarów na głowę. Wysokość premii ustaliliśmy przed turniejem. To były niemałe pieniądze, porównywalne z obecnymi premiami za olimpijski medal. Wreszcie nie mieliśmy kłopotów ze zdobyciem talonów na samochód. Kiedy kupiłem zastawę, jak na tamte czasy dobry wóz, zostało mi jeszcze 540 dolarów! Niektórzy mieli jeszcze więcej szczęścia. Mimo że premier Jaroszewicz zakazał klubom dodatkowego nagradzania medalistów, niektóre kluby nie poskąpiły zawodnikom np. drugiego talonu!
Co ciekawe, dostałem premię, ale nie mam medalu. Medale dostawali wtedy tylko zawodnicy.
Dlaczego po igrzyskach Pan zrezygnował?
- Ponieważ następnym etapem rozwoju tej drużyny mogło być tylko zawodowstwo. A ono nie było wtedy możliwe. Przy bazie organizacyjnej i finansowej, którą wtedy dysponowaliśmy, więcej osiągnąć nie mogliśmy. Byłoby nieuczciwe wymagać kontynuowania tak morderczej pracy “tylko” dla medalu.
W jednym się Pan pomylił w latach 70. Stwierdził Pan, że polscy siatkarze nie będą mieli równych w świecie przez wiele lat.
- Ale myślałem, że będę ich trenerem… W 1985 roku pytano mnie, jak przeżyłem porażkę – czwarte miejsce na ME. Odpowiedziałem wtedy: rzeczywiście, to bardzo złe miejsce. Powinniśmy zająć wyższe. Ale myślę, że długo będziemy czekać na przynajmniej powtórzenie tego rezultatu. Niestety, nie myliłem się. Ostatni medal to wicemistrzostwo Europy pod moją wodzą dwa lata wcześniej.
W 1978 roku objął Pan reprezentację kobiet. Z nimi sukcesów Pan nie odniósł…
- Powiedziałem: czeka nas ciężka harówka. Jak się zakwalifikujemy do MŚ czy igrzysk, może jakieś wynagrodzenie będzie, na razie nie ma mowy. Bez motywacji jednak mogliśmy się obejść – nagrodą miały być wyjazdy do Peru, Chin i USA. Dziewczyny się zgodziły. Znosiły obciążenia, o jakie bym ich nie podejrzewał. Graliśmy nawet sparingi z drugą ligą męską. Z powodów politycznych nie pojechaliśmy jednak do Peru, później do Chin. Wtedy urzędasy stwierdziły, że nie ma sensu płacić też za wyjazd do Ameryki. To może zniechęcić każdego. Lepiej obiecać mało i dotrzymać słowa, niż obiecywać złote góry i później się nie wywiązać…
Kilka podstawowych zawodniczek “poszło w chorobę”. Tak to przeżyły. Mimo to z dwiema seniorkami i czterema juniorkami w składzie ograliśmy Rosjanki! To znaczy, że potencjał ten zespół miał niewiarygodny. Dlatego jako trener nie rozumiałem ich decyzji. Potrafiłem je natomiast zrozumieć jako człowiek. W przypadku tych dziewczyn chodziło nawet nie o utratę motywacji, ale o to, że ktoś je oszukał. I właściwie to mnie można było uznać za winnego. Mnie też oszukano, ale to ja zawarłem z zawodniczkami umowę, więc wziąłem za wszystko odpowiedzialność.
Siatkarka Skry Agata Tekiel wynosiła kiedyś Pana pod niebiosa jako trenera. Miała tylko jedno do zarzucenia – podczas meczów nie ma Pan dla zawodniczek miłego słowa. Wychodzi Pan z założenia, że kobiety trzeba tresować, a nie trenować?
- Problem polegał na tym, że siatkarki Skry inaczej sobie wyobrażały pochwały niż ja. Uważały, że jak grają tak, jak im każę, to powinienem je chwalić. Ja uważałem to za rzecz normalną. Kiedy czasami spontanicznie z aprobatą klepnąłem którąś z nich po plecach, to one z kolei tego nie dostrzegały.
W latach 90. znów objął Pan kadrę i nie udało się nawet zbliżyć do dawnych sukcesów.
- Podpisałem umowę na cztery lata, przyjęto mój plan, ale stanowisko straciłem po niespełna roku. Nie obiecywałem sukcesów w pierwszym sezonie. Zapowiedziałem natomiast, i to na piśmie, że zajmiemy szóste-ósme miejsce na MŚ. Gdyby się nie udało, wycofałbym się. Nie dali mi zrealizować planu, który zaakceptowali. Gdyby zwolniono mnie w 1973 roku, też nie byłoby złota w Montrealu.
Dlaczego ostatnio polscy siatkarze nie odnoszą sukcesów, choć w niższych kategoriach wiekowych cały czas są w czołówce? Dwa lata temu juniorzy wywalczyli nawet mistrzostwo świata.
- Szkolenie juniora na dobrego juniora i na dobrego seniora to dwie zupełnie inne rzeczy. W 1968 roku na mistrzostwach Europy juniorów pierwszą szóstkę tworzyli Gawłowski, Stefański, Sadalski, Karbarz, Bebel, Bosek. Zajęli siódme miejsce. Parę lat później wicemistrzostwo Europy zdobyli juniorzy z Rybaczewskim i Wójtowiczem w składzie. Mimo to większy sukces odniósł trener tej pierwszej drużyny – ponieważ wychował więcej złotych medalistów olimpijskich. Dlatego trenera kadetów powinno się rozliczać nie za wynik, tylko za to, ilu zawodników zagra później w pierwszej lidze, w reprezentacji, na MŚ seniorów.
W zeszłym roku oglądałem mistrzostwa Polski w kategoriach młodzieżowych. Siedzę obok działacza, który pieje z zachwytu: “mają 16, 17 lat i już atakują z drugiej linii!”. A ja pytam: “Po co? Niech Pan patrzy, piłka spadła pomiędzy nich. Czy któryś choćby drgnął? Czy był na pozycji, która dawała mu szansę do tej piłki dojść?”. Wszyscy popełniają te same, proste błędy, przez które później przegrywa pierwsza reprezentacja. Niech się nauczą abecadła – dobrze przyjmować, wystawiać.
A czy koncepcje trenerów ligowych nie są anachroniczne?
- W naszym chałupniczym zawodowstwie człowiek, który odpowiada za wynik, ma przeważnie najmniej do gadania. Amerykanie, którzy teraz robią furorę, w zeszłym roku trenowali kilka dni w Szczecinie. Robili dokładnie to, co według mnie trzeba było robić, by osiągnąć sukces 30, 20, 10 lat temu, i trzeba robić teraz. Działacze kazali ich filmować, żeby udowodnić nam, jakie przestarzałe metody stosujemy. Po trzecim treningu zrezygnowali, bo wydawało im się, że Amerykanie robią cały czas to samo. Zwykłą szkolną gierkę o zmiennych założeniach taktycznych. Jeśli polski działacz widzi trening przeprowadzony według tego schematu, uznaje, że szkoleniowiec nie ma koncepcji, i wyrzuca go z pracy. On chciałby zobaczyć coś wyrafinowanego.
Laik nie zrozumie nic, oglądając, jak po obu stronach siatki stoi sześciu chłopa i przebija piłkę. Tyle że Amerykanie ćwiczyli każde zagranie, dopóki nie osiągnęli w nim perfekcji. Sami dyskutowali o błędach, trener podbiegał co jakiś czas, by wytknąć niedociągnięcia. Zawodnicy wiedzieli, co robią i po co.
Nasi siatkarze nie widzą sensu takich ćwiczeń, działacze popierają ich sposób myślenia. A później połowa sytuacji na parkiecie ich zaskakuje. Ligowy zawodnik nie potrafi zrozumieć, że jak piłka spada przed nim na parkiet, to zawsze jest jego błąd.
Co Pan myślał, kiedy podczas styczniowego turnieju w Katowicach Polacy trwonili olbrzymią przewagę w czwartym secie meczu z Jugosławią, zaprzepaszczając szansę na awans do igrzysk w Sydney?
- Stuprocentowej pewności nigdy nie można mieć, ale powiedzmy w 90 proc. po jednej zepsutej piłce byłem przekonany, że będzie źle.
Trener Mazur przekonuje się już, że drużyna musi być wielopokoleniowa. Ale co równie ważne – zrozumiał, że ta sama zasada musi dotyczyć grupy opiekunów. Oczywiście pierwszy trener podejmuje wszystkie decyzje, ale burza mózgów wokół zespołu jest niezbędna. Nawet jeśli uczestnicy dyskusji obrzucą się błotem i będą na siebie wkur…, ale jeśli każdy poprawi coś w drużynie o jeden procent, to cel został osiągnięty. W siatkówce obowiązuje inna matematyka. Wyeliminowanie drobnych usterek, tych kilku procent, może podnieść efektywność gry o 70-80 proc.
Czy po katowickim turnieju patrzy Pan z optymizmem na przyszłość reprezentacji? Grono współpracowników rzeczywiście znacznie się rozszerzyło i zróżnicowało, a trener Mazur medal obiecywał dopiero na igrzyskach w Atenach w 2004 roku.
- Wiem jedno – przyszedł czas, by zrobić wynik. Przegrać z Jugosławią, Rosją, ale wygrać zawody. Drażni mnie przypominanie zwycięstwa sprzed lat nad Holandią, z którą trzy dni później przegraliśmy w bezpośrednim pojedynku o awans do igrzysk w Barcelonie. Przecież to nie powód do dumy, tylko dyshonor dla trenera. Może nawet opłacało się go przegrać, żeby w finale zagrać z innym rywalem. Ten rok zadecyduje o wszystkim. Jeśli wejdziemy do finałowej czwórki Ligi Światowej, a w eliminacjach do ME stracimy najwyżej jednego seta, możemy myśleć nawet o medalu na olimpiadzie.
Siatkówka przechodzi w ostatnich latach zmiany wręcz rewolucyjne. Wielokrotnie powtarzał Pan, że nowe przepisy są absurdalne, sprzyjają słabszym…
- W światowej czołówce wygrywają ci sami. Ale to jest już całkiem inna gra. Kiedyś na zwycięstwo trzeba było zapracować. Odzyskać serwis, dokładnie zagrać i skutecznie zablokować albo wybronić piłkę i zdobyć punkty atakiem. Dzisiaj wystarczy błąd przeciwnika. Doświadczyłem tego na własnej skórze. Kiedy prowadziłem Morze Szczecin, miałem niski skład, więc przez pięć miesięcy ćwiczyłem silną, bardzo ryzykowną zagrywkę. Obliczyłem sobie, że opłaca mi się dziesięć zepsuć, jeśli zyskam dzięki niej tyle samo punktów. Tuż przed rozpoczęciem rozgrywek zmieniono przepisy. W meczu z mistrzem Niemiec moi zawodnicy psują 28 serwisów, ale 28 innych przynosi im punkty. I wygrywam. A według nowych zasad? Te 28 zepsutych zagrywek to 28 punktów oddanych bez walki rywalom! Miałem mieć najlepszą zagrywkę w lidze. Jaką miałem? Najgorszą! Być może młodzi zawodnicy nie czują tego, może widownia też nie, ale wymyślono nową grę.
Kilka lat temu na otwartych mistrzostwach świata w USA obowiązywał jeszcze inny system – set trwał osiem minut “efektywnego” czasu gry. Jeśli kończył się remisem, grało się tie-break do dwóch wygranych punktów. To znacznie lepsze rozwiązanie. Nie łamie ducha siatkówki, lecz ogranicza czas trwania meczów.
Miał Pan kiedykolwiek do czynienia z dopingiem?
- Mówiło się, że Rosjanie się “szprycują”. Nie wiem, czy to prawda. Siatkówka jest sportem zbyt technicznym, by niedozwolone środki mogły w decydującym stopniu wpłynąć na wynik. Uważam, że walka z dopingiem jest bezsensowna jak walka z wiatrakami. Nie mogę walczyć z czymś, co jest zawsze krok przede mną. Tylko w Stanach mają tyle zdrowego rozsądku, by w profesjonalnych ligach nie przeprowadzać badań antydopingowych.
Proponuje Pan rezygnację z walki o wyeliminowanie niedozwolonego wspomagania?
- “Koksują się” przedstawiciele różnych dziedzin życia. Aktorzy, biznesmeni, politycy. Mimo to dożywają późnej starości. Dlaczego? Bo wiedzą, co robią. Uważam, że lepszym rozwiązaniem byłoby sprawowanie kontroli nad dopingiem. Nie czyniłby takiego spustoszenia. Przydałoby się np. ustalenie granicy wieku, od którego “koksowanie się” byłoby dozwolone. Nie wiem, ile miałoby to być lat. Może dla kobiet i mężczyzn ograniczenia byłyby inne. To zadanie dla lekarzy. W każdym razie nikt nie ryzykowałby dla medalu w imprezach juniorskich, mniej byłoby tragedii. Przecież linoskoczka w cyrku nie badamy. A sport wyczynowy niczym się od wykonywanej przez niego pracy nie różni. Ma tylko większą oglądalność.
A zasada równości szans…
- Nie ma równych szans. I nigdy nie będzie. Zawsze przewagę będą mieli ci, którzy mają lepsze laboratoria, czyli więcej pieniędzy. Agencje antydopingowe wyrzucają miliony dolarów w błoto. Niczego nie uzdrowią, sport wyczynowy czynią tylko bardziej elitarnym. Wyszkolenie zawodnika kosztuje wielokrotnie mniej niż ukrycie faktu, że farmakologicznie zwiększa się możliwości organizmu.
Potrafiłby Pan zrezygnować ze sportu? A może czuje się Pan wypalony?
- Zdaję sobie sprawę, że być może w sporcie nigdzie się już nie “załapię” [rozmawialiśmy, zanim Wagner objął przedostatnią w lidze Legię - przyp. red.]. I to nie dlatego, że mnie nie chcą. Ofert nie brakuje. Ja po prostu nie potrafię pracować pod rządami ludzi niekompetentnych. Niezależnie od pieniędzy, jakie bym otrzymał. No, chyba że byłaby to jakaś zupełnie kosmiczna kwota. Moralność jest zawsze kwestią ilości zer po przecinku.
Tęsknię za treningami, siedzeniem na ławce podczas gry. Ale mam już dość ciągłej prowizorki. Dam przykład. Sezon w polskiej lidze kończy się w kwietniu. Jak przypomnę sobie wiele lat spędzonych w Legii, to był okres najcięższej pracy. Harowali zwłaszcza rezerwowi, którzy jeszcze nie zasługują na grę, ale mają do tego predyspozycje. Ówczesne kontrakty były długoterminowe. A teraz? Umowę podpisuje się na rok. W efekcie po sezonie i zawodnicy, i trenerzy czekają niecierpliwie do sierpnia, zastanawiając się, kto zostanie, kto nie. Szkoleniowcy udają, że przygotowują treningi, zawodnicy udają, że trenują, a zmarnowane tygodnie lecą.
Nie mam wyjątkowych wymagań. Żądam tylko spełnienia obietnic. Lepiej podpisać umowę na gorszych warunkach niż na takich, których nie można zrealizować. Nie mam ochoty robić z siebie idioty i przyjmować pracy, z której wylecę po dwóch miesiącach, bo działacze uznają, że nic się nie poprawiło. Cudotwórcą nie jestem, a tylko cudotwórca zmienia zespół samym pojawieniem się na sali treningowej.
20.03.2000. Rozmowa z Hubertem Wagnerem, trenerem polskich siatkarzy, mistrzów olimpijskich z igrzysk w Montrealu. (Gazeta Wyborcza, Artykuł archiwalny; Kraj)
Foto poniżej: Hubert Wagner czwarty z prawej, pierwszy – Mirosław Rybaczewski, piąty – Ryszard Bosek, trzeci – Włodzimierz Stefański (chyba…). Pierwszy z lewej Edward Skorek, czwarty – Tomasz Wójtowicz. Chętnie rozszyfruję pozostałych… Foto zaczerpnięte z zenon-greinert.blogspot.com.

Mała uwaga do podpisu nad fotografią… Wagner jest raczej czwarty z prawej.
Ponadto na stronie typografów proponuję zamienić cudzysłów otwierający
pzdr
W.
15 paź 09 at 2:29
Absolutna racja w każdym punkcie. Podpis został całkowicie podpisany w lustrzany sposób. Poprawione. Cudzysłowy także.
Tomasz Kuc
17 paź 09 at 10:46