Mata
Nie można było mieszkać bez maty. Była wtedy towarzyszem każdego dzieciaka, jego własną kapliczką, wyznaniem wiary, nadziei i miłości równocześnie. Kawałek przeplecionej słomy z deszczułkami (bardziej wygodny – z przyczyn łatwiejszego obsadzania na nim skarbów – był typ maty, wykonany z samej słomy, wbicie bowiem szpilki w deszczułkę było raczej niemożliwe. Dopiero pojawienie się wolnego rynku odwróciło zachwiane przez lata proporcje twardości – wreszcie deski zaczęły być bardziej miękkie od stali) wisiał zwykle nad łóżkiem, zazwyczaj w miejscu, gdzie strasznie utrudniał opieranie się o ścianę podczas wielogodzinnych medytacji ze słuchawkami na uszach.
U mnie mata wisiała nad wersalką.
Gdy w wieku lat dwudziestu kilku dwudniowym rajdem dostałem się do rajskiego Paryża i zamieszkałem jak prawdziwy światowiec w Versailles na campingu, wciąż w moim pierwszym samodzielnym lokum trwała ta stara wersalka. Bóg mi świadkiem – choć pewnie miał ważniejsze zajęcia – w żaden sposób parkowe fontanny, wspaniałe buduary i królewskie łoża nie nasuwały mi leksykalnego związku z pozostawionym w podwarszawskim bloku łóżkiem.
Wersalka miała plusy i minusy. Niesamowitym plusem było jednoczesne spełnianie przez nią aż trzech ról. Po pierwsze łóżka, rozłożenie którego osoba niewprawna mogła przypłacić zgnieceniem palca lub też zerwaniem paznokcia. Właściciel, po kilku tygodniach korzystania, robił to z wprawą piwosza, który kantem dłoni zrywa ceramitowy kapsel z butelki na sprężynie jednym pewnym ciosem. Po drugie – sofy. W czasach, gdy ciekawiły mnie wszystkie książki, jakie brałem do czytania, moją ulubioną pozycją było położyć się na plecach z książką w dłoniach, nogi zadrzeć do góry opierając je o pionową część wersalki, a na podorędziu przygotować dwie paczki drażetek kakaopodobnych “Orinoko”. W wieku dziesięciu lat nie protestowały ani moje zęby, ani kręgosłup, a ostrzeżenia pt. “krew ci spłynie do głowy i zemdlejesz” wydawały mi się jedynie psuciem zabawy. Jak się okazało – słusznie. W końcu – last but not least – przewidziana tak przemyślnie przez Fabrykę Mebli w Wyszkowie komora na pościel stawała się bunkrem, służącym do testowania otrzymanej na urodziny latarki, czołgiem “Rudy”, w którym ukrywałeś się przed podkalibrowymi pociskami niemieckich “Tygrysów”, aż w końcu ciemnym więzieniem, do którego po przeczytaniu “Trzech muszkieterów” wtrąciłem swojego sześcioletniego brata, humanitarnie (a ku jego radości) dodając kromkę razowca i metalowy kubek z wodą.
W końcu zawisła nad nią MOJA mata.
Pierwsze pojawiły się tam pudełka po papierosach, pracowicie przyszpilane do słomy, w równych rzędach. Albańskie DS-y, peweksowskie Dunhille, Rothmansy, Kenty, rodzime Carmeny i Caro, wszelkie odmiany Marlboro (z pracowicie odzyskiwanymi krzyżykami. Mit głosił, że odnalezione na opakowaniach znaczki, przypominające hitlerowskie krzyże malowane na wieżyczkach wozów pancernych, a które – po latach zrozumiałem – były jedynie paserami kolorów o dosyć wyszukanym kształcie, można wysyłać pod pewien adres, znany tylko wtajemniczonym, a za to otrzymać pieniądze. Znałem takich, którzy znali takich, co wysłali i dostali niemieckie marki. Nigdy ich nie spotkałem. Po latach myślę, że taki twardziel, marlborowy kowboj, którego pokonał dopiero rak płuc, nigdy by nie troszczył się o wysyłanie dzieciakom-głupkom jakiejś kasy)…
Pozyskiwanie opakowań w dobrym stanie było dosyć trudne. Oczywiście, pośledniejsze marki można było zbierać na ulicy. Jednak “Sportów”, “Klubowych” czy “Extra Mocnych” nikt przecież nie wieszał. Atutem było wtedy to, że palili wszyscy. Starzy, młodzi, rodzina, sąsiedzi, goście na imieninach u rodziców w pracy, kobiety w kolejce, nauczyciele w szkole. Po prostu wszyscy. Ciekawe marki papierosów pozyskiwało się od tych, którzy jakimś impulsem kierowani, rzucali zdrowe Carmeny na rzecz papierosów importowanych. Tak na przykład zdobyłem bardzo ładną, granatową paczkę radzieckich “Kosmosów”. Były to jedne z niewielu w RWPG papierosy w twardym pudełku. Startująca w granatowej nocy biała rakieta z czerwoną gwiazdą przed nosem, celowała w biały napis KOCMOC. Grafik miał do dyspozycji całą powierzchnię opakowania, nikt nie żadął zamieszczania żadnych apelów o raku czy infolinii dla palaczy.
Potem dowiedziałem się, że istnieje Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego, zwane powszechnie peweksem. Niestety, w odróżnieniu od wielu zbieraczy, nie miałem w bliższej ani dalszej rodzinie klientów tego przedsiębiorstwa. Przez wiele lat jedynym produktem, jaki pochodził z tego “wewnętrznego” eksportu w moim domu, była zakupiona w praskim peweksie przy Targowej włoska glazura do łazienki. Nie wiem, czy była warta tych kilkudziesięciu bonów PKO. Ojciec twierdził, że tak.
Moja mata zapełniła się natomiast bardzo szybko dzięki dwóm zdarzeniom. Po pierwsze, jej sporą część zajął przyszpilony natychmiast po otrzymaniu plakat reprezentacji Polski na Mistrzostwa Świata ‘78 w Argentynie, z trenerem Gmochem, Deyną, Lato, Gorgoniem, Ćmikiewiczem i młodymi wtedy Bońkiem i Nawałką. Plakat otrzymała w pracy moja mama (może za wyjątkową biegłość w operowaniu maszyną do liczenia Ascot, a może za jedyne wśród kobiet zainteresowanie piłką nożną). Plakat był wydrukowany na dosyć szmatławej, ale grubej kredzie, co powodowało kłopoty. Po pierwsze – kolory nie były zbyt piękne. Oldskulowe (teraz!) dresy Adidasa były różowawe już od nowości, natomiast zieleń otaczającej piłkarzy murawy traciła żółty komponent z każdym tygodniem, przechodząc od wiosennej trawki, przez soczystą murawę aż po adriatyckie odcienie niebieskiego. Po drugie – grubość papieru powodowała wyrywanie szpilek z maty, jako że plakat starał się ze wszystkich sił wrócić do swojej pierwotnej formy – zwiniętego rulonu. Na pierwszą dolegliwość nic nie mogłem zaradzić, na drugą – pomógł zwój przezroczystej taśmy samoprzylepnej, za której kradzież niniejszym przepraszam miejsce ówczesnej pracy mojej mamy – dział rachuby płac Warszawskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego.
Drugim zdarzeniem była wizyta u świeżo poznanego dzięki przeprowadzce rodzeństwa dwóch starszych o kilka lat chłopaków, którzy pozbywali się kolekcji swoich pudełek, robiąc miejsce na macie na ich nową miłość – zespół KISS. Muszę przyznać, że ich apologetyczne hołdy traktowałem dosyć oschle, koncentrując się na trzymanej w spoconych dłoniach reklamówce pełnej nowych pudełek. Były tam takie skarby jak twarde pudełko po bardzo rzadkich Peer-ach, komplet czerwonych i złotych Marlboro (miękkie, twarde i 100’s, wszystkie bez wyszarpanych krzyżyków), złote Dunhille, dwa rodzaje Pall Malli, szerokie John Player’s Specials i mnóstwo innych. Gdybym wtedy przypuszczał, że skokowy rozwój kolekcji na macie, będzie równocześnie jej końcem, od razu pożyczyłbym Kissów. Nota bene, docenionych po latach, dzięki uporowi pewnego maniaka i fana, który poza bezprzytomnym krzewieniem wśród przyjaciół “Love Gun”, “Rock’n'roll All Nite” czy “I Was Made for Lovin’ You” zdołał pojawić się na paru grupowych zdjęciach z wywalonym ozorem Gene Simmonsa.
Bracia-darczyńcy moje małe zainteresowanie Kissami potraktowali ze zrozumieniem. Ani pokazywane wycinki z Bravo z pomalowanymi dziwacznie twarzami muzyków, ani Simmons ziejący ogniem, ani puszczana ze szpulowca dosyć głośno muzyka nie wzbudzała mego zachwytu. Nie chcąc być niegrzeczny, powiedziałem, że pożyczyłbym płytę, ale inną. Mówiąc to, wskazałem na stojące na półce za szybą srebrne opakowanie podwójnego singla z namalowanym przedwojennym samochodem. Jak się okazało, był to brzemienny w skutki krok.
Singlem tym – a raczej “czwórką”, jak się nazywało takie albumiki – był tonpressowski “The Beatles”. Na pierwszej płycie “From Me To You”, “She Loves You”, “Yesterday” i “Help”, na drugiej – “Girl”, “Yellow Submarine” oraz “Hey Jude”. Ładna okładka z namalowanym przez Świerzego samochodem (chyba Rolls-Royce Silver Shadow) ładnie dawała się ustawić na półce po lekkim rozchyleniu skrzydełek. Pożyczyłem ją nieświadomy faktu, że wielokrotne odsłuchanie “Hey Jude” odeśle w niebyt Majkę Jeżowską, Annę Jantar, Alicję Majewską, Piotra Szczepanika (nic nie mam do głębokiego głosu pana Piotra i jego przejmujących słów, ale pełnię jego muzyki zrozumiałem dopiero odśpiewując wraz z pewnym kumplem na dwa przepite barytony jego “Nigdy więcej”, z dedykacją dla mało zachwyconych tym popisem podczas podmiejskiego wesela naszych młodych żon) czy Krzysztofa Krawczyka (tego ostatniego, jak się po latach okazało, nie do końca), którzy zaludniali płytotekę moich rodziców.
W “Hey Jude” inne było wszystko. Od fortepianu, który był wtedy dla mnie instrumentem nijakim, a którego znaczenie wzrastało przez lata osiągając apogeum przy bliższym zapoznaniu z Tori Amos i Eltonem Johnem, po niesamowitą wyryczaną wielokrotnie końcówkę, której siłę pojąłem dopiero transponując to po latach na gitarę do tonacji G-Dur. Opadająca sekwencja akordowa GFCG, wsparta najpierw chóralnym zaśpiewem, potem potężnym riffem orkiestry, a w końcu ochrypłym wrzaskiem McCartneya załatwiła całe bagienko polskiego Opola i Sopotu na zawsze. Po “Hey Jude” zmieniła się też moja mata.
Najpierw było “Razem”. Potem “Zarzewie”, “Walka Młodych”… Pisma różnych organów, doskonale wiedzące o swojej małej poczytności, które dla podratowania własnej samooceny (i sprzedawalności) zamieszczały plakaty, czasem porywając się nawet na rubrykę o muzyce młodzieżowej, wtedy już zwanej rockową. Na szczęście wypisywane tam głupoty nie zapadły mi w pamięć, ale od tych pism do regularnego, comiesięcznego zakupu Magazynu Muzycznego Jazz, a potem Non Stopu (przez długie lata) była już prosta droga. Mogę się nawet przyznać, że linia Magazyn Muzyczny Jazz – Tylko Rock – Teraz Rock wraz z dwoma polskimi apostołami rocka Wiesławami Królikowskim i Weissem jest przeze mnie wspierana od roku 1980 nieprzerwanie.
Najpierw mata, później szklane drzwi od mojego pokoju zaczęli zaludniać ludzie z plakatów. Lady Pank, Perfect, Scorpions, Republika, Classics Nouveaux… Najpierw polegli piłkarze, odstawieni na półkę po powrocie do upragnionego rulonu. Potem kilka przegrupowań pudełek w nieco ciaśniejsze szyki pozwoliło uzyskać dodatkowe miejsce. Aż w końcu nadszedł ten dzień.
Nie pamiętam, czy to było “Zarzewie”, czy “Walka Młodych”. Pamiętam natomiast sam plakat. Był to charakterystyczny plakat Perfektu z biało odzianym Markowskim na pierwszym planie i Hołdysem z Gibsonem Les Paul w dłoniach, w lekkim rozkroku i korkowym hełmie pustynnym na głowie. U dołu zawijasowate logo spod pędzla Lutczyna nie pozostawiało wątpliwości, że to autorzy ukochanego przeze mnie wtedy “Niemego Kina”. Nie zastanawiałem się więc długo. Jako że plakat był rozkładówką, miejsce było tylko jedno. Chwyciłem reklamówkę papierosów HB, która pojawiła się wtedy w domu jako wytrzymała torba na zakupy i pozdzierałem szybkimi ruchami wszystkie pudełka z maty. Jak wyrywać ząb, to szybko i bez zastanowienia. Na oczyszczone z dziecinności miejsce wpełzli szybko Hołdys z Markowskim.
Myślę sobie, że w czasach Allegro, w których nawet stary gruby rozkład jazdy PKP jest cennym łupem i zbiór takich pudełek po fajkach dałby się korzystnie sprzedać jakiemuś maniakowi. Co do plakatów, pięknie wydane edycje klasycznych plakatów z okładkami płyt czy reklamami filmów są dostępne od ręki w merlinie. Nawet tanio, przy płatności kartą. Nie wiem tylko, czy można kupić zwykłą słomianą matę…