typotygiel – spisek przeciw brzydocie

Różne dziwne myśli, czasem zebrane ze starych zapisów, czasem na świeżo. Czasem grafomania.

Cyklistyka cykliczna

Brak komentarzy

Poprzednim razem starałem się namówić P.T. Czytelników do przełamania niechęci do miejskiej komunikacji. Zalecałem nawet długodystansowe marsze w celu osiągnięcia jak najkrótszego czasu dotarcia do centrum W-wy. Teraz chciałbym – na własnym przykładzie – przyjrzeć innej możliwości dojazdu do pracy w stolicy.

Mimo zaskakująco pozytywnych efektów, jakie przyniosła przesiadka z samochodu do pociągu i autobusów, dalej szukałem innej, alternatywnej drogi. Tak naprawdę, chodziło mi też o to, aby zwiększyć aktywność fizyczną – właśnie wykorzystując do tego celu dojazd do pracy. Zacząłem przyglądać się rowerzystom i ścieżkom rowerowym. Coraz więcej osób korzysta z tego środka lokomocji w mieście, ścieżki – choć rzadko i kiepske, o tym później – jednak istnieją. Pozostał problem odległości.

Oszacowałem, że muszę zmierzyć się z ok. piętnastokilometrowym przejazdem. Nie jeździłem rowerem od lat – stary Romet wisiał pod sufitem w garażu, wyciągany „od wielkiego dzwonu” na krótkie rekreacyjne przejażdżki. Odległość wydawała się spora. Co prawda, razem ze mną w firmie pracuje dwóch zapaleńców rowerzystów, którzy na wieść o tym, że zamierzam podjąć taką próbę, sypnęli garścią porad. I tak:

• Rower jest ważny. Musisz dobrać go do własnych możliwości, zastosowania i … funduszy. Jeśli jedynym celem jest dojazd do pracy – odradzam rowery typu cross country. Oczywiście, grube bieżnikowane opony wyglądają zawodowo, ale są zdecydowanie niewygodne na ścieżce czy asfalcie. Klasyczny „trekking” absolutnie wystarczy. Ja zdecydowałem się na niemieckiego Herculesa – nie ze względu na germańską solidność, tylko z powodu bardzo korzystnych warunków zakupu w zaprzyjaźnionym sklepie rowerowym. Dodam jeszcze, że w takich sprawach jak rodzaj przerzutki (w piaście czy zwykła), amortyzatory itp. powinien decydować budżet. W moim rowerze mam zwykłe przerzutki Shimano (nie w piaście) i łańcuch spadł mi dwa razy – z tego raz na maratonie rowerowym MTB podczas przejazdu przez spore wertepy. A przedni olejowy amortyzator bardzo sobie cenię podczas przejazdu przez krawężniki.

• Nie ma możliwości, aby zakupiony rower od razu Ci pasował. To nie samochód – regulacja kierownicy czy siodła (nie mówiąc o doborze ramy) wymaga ręki fachowca. Mówimy tu oczywiście o laikach rowerowych, kupujących swoje pierwsze porządne dwa kółka…

• Błotniki i sakwy. Jeśli dojeżdżasz do pracy, te dwie rzeczy są Ci praktycznie niezbędne. Po pierwsze, nie każdy ma możliwość zmieszczenia się w malutkim plecaczku (chyba że podróżuje do pracy jedynie z kartą do bankomatu i prawem jazdy :-) . Ja akurat jeżdżę bez sakw i plecak z laptopem, pendrive’y, zapasowe skarpety itp. jest uciążliwym bagażem. Sakwy mam w planach – z powodów budżetowych. Błotniki natomiast zapewniają „pewien poziom godności” przy przejazdach przez nasze, wciąż nierówne i pełne kałuż, drogi i ulice.

• Kask, ubranie, okulary. Tu miałem największe wątpliwości. Po pierwsze, do kasku przekonałem się dopiero wtedy, gdy dobrano mi odpowiednio rozmiar oraz zaprezentowano widowiskowy szew na czole od drobnego upadku na krawężnik – bez kasku właśnie. Oczywiście, wygląd człowieka w kasku przekracza granice śmieszności – ale jeśli pokonasz opór przed włożeniem na siebie po raz pierwszy rowerowych spodni z pampersem (i wyjściem w nich z domu – a nawet tylko z garderoby…), to kask nie robi ci już różnicy. Aha, dwie uwagi do kasku: po pierwsze, na kasku nie oszczędzamy – z przyczyn oczywistych, po drugie – pierwszy upadek w kasku to koniec jego żywota. Bez względu na jego niby-dobry stan. W sprawie spodni powiem tylko tyle – nie zważajcie na psychiczne depresje z tym związane, wygoda jazdy (szczególnie na wąskim i twardym siodełku) wynagradza to z nawiązką. Okulary rowerowe wydają się zbędnym bajerem, ale pierwsze zetknięcie się oka z jakimkolwiek owadem większym od komara przy prędkości 30 km/h powoduje ich natychmiastowy zakup. I jeszcze jedno – wbrew pozorom, wielu z nas ma problem z adaptacją wzroku do przebywania na słońcu. Rower niczym od niego nie chroni, a każdy lekarz przyzna, że obecnie przebywanie pod działaniem promieni słonecznych bez osłony oczu to kiepski pomysł.

• Dobrze jest mieć licznik prędkości/odległości. Praktycznie każdy pozwala na pomiar prędkości bieżącej, odległości przejechanej od ostatniego zerowania oraz od zakupu licznika, czasem prędkości średniej, a także realnego czasu przejazdu. Mnie pomogło to w wyborze najkrótszej (a potem najwygodniejszej) drogi dojazdu.

Dobrze, mamy więc sprzęt. Zadanie brzmi: jak przejechać na Nowe Miasto z centrum Zielonki? Ja wypracowałem sobe następującą trasę (16 km, 45 minut): Kolejowa – Fabryczna (uwaga: brak pobocza aż do chodników zaczynających się przy stacji Orlen utrudnia jazdę) – Osowska do muru szpitala w Drewnicy (fatalna nawierzchnia, najgorszy odcinek jazdy) – dojazd do Centrum M1 (świetny asfalt) – dojazd do ścieżki leśnej na krawędzi Lasku Bródnowskiego (wjazd na tyłach Leroy Merlin, obok ogródków działkowych) – wyjazd na Głębocką (ścieżka rowerowa, kostka) – Ratusz Targówek, wjazd w Wincentego (tylko chodnik) – Wincentego wzdłuż muru Cmentarza Bródnowskiego (tylko po krzywym chodniku, ciągły korek na Wincentego uniemożliwia bezpieczną jazdę po ulicy) – rondo Żaba i przejazd pod wiaduktem kolejowym – przedłużeniem Szwedzkiej do mostu Gdańskiego (od Namysłowskiej świetna ścieżka rowerowa, na rondzie Starzyńskiego utrudniony przejazd z racji pieszych notorycznie chodzącym lub stojących na tej ścieżce) – dolnym poziomem Mostu Gdańskiego na drugą stronę Wisły, na ścieżkę wzdłuż Wisłostrady – Sanguszki w górę do Wójtowskiej – wjazd w Freta (kostka, ale sporą część tej ulicy można pokonać chodnikiem – spacerowiczów na Nowym Mieście w godzinach porannych nie ma zbyt wielu) – Długa. Jesteśmy na miejscu. Spoceni, ale szczęśliwi. Stawiam dolary przeciw orzechom, że w przeciętny dzień w środku tygodnia rowerzysta startujący o 7.30 z Zielonki wyprzedzi samochód. Tak, przyznaję, musi być odpowiednia pogoda, musimy mieć możliwość wzięcia prysznica i przebrania się przed pracą. Warto jednak spokojnie rozważyć taką możliwość.

A teraz bonus – dla prawdziwych sprinterów i ludzi o żelaznych płucach. Jak najszybciej dojechać z Zielonki do centrum Warszawy? Dojechać w minutę do stacji kolejowej, wstawić rower (od maja za darmo) do przedziału dla podróżnych z dużym bagażem (są tam naprawdę skuteczne haki rowerowe), wysiąść na dworcu W-wa Wileńska i w ciągu niecałych 10 minut po szerokim chodniku wzdłuż mostu Śląsko-Dąbrowskiego dojechać na Starówkę. Schody ruchome na trasie W-Z mają windę dla leniwych, z której korzystanie w celu przewiezenia roweru jest od pewnego czasu dozwolone. Całość przejazdu (przy dobrym planowaniu) to pół godziny.

A dlaczego wymagane są żelazne płuca? Bo mimo zakazu palenia w pociągu, przedziały bagażowe to mekka wielbicieli piwa i papierosa. Czasem, szczególnie w godzinach popołudniowych, zbyt głośno i zbyt swobodnie okazywana radość z zakończenia dnia pracy objawia się niewybrednymi komentarzami dotyczącymi wyglądu cyklisty. Komentarze da się znieść – smrodu nie.

Autor: Tomasz Kuc

26-06-2009 o 12:52

Opublikowano jako Głos Zielonki, Szlaki dojazdowe

Leave a Reply

Comment Spam Protection by WP-SpamFree